Czego boją się polscy celebryci?

Piotrek Grabarczyk napisał niedawno bardzo dobry tekst o tym, że polskie gwiazdy boją się tęczy. Sprawa dotyczyła masakry w Orlando i braku zaangażowania ze strony wielu krajowych celebrytów uznawanych za przychylnych środowisku LGBTQ. Kurwa, jakiemu środowisku – masakra pozostaje masakrą, a orientacja seksualna ma tu drugorzędną, choć wciąż ważną rolę.

Continue reading „Czego boją się polscy celebryci?”

Przestańcie pieprzyć. Prawa LGBTQ i kobiet to prawa człowieka

Po masakrze w Orlando cały świat, nawet ten – wydawałoby się – światły, zastanawia się nad prawami gejów i lesbijek. Tymczasem w Polsce kobiety muszą prosić się o podstawowe prawa. Ta dyskusja jest zbędna, bo prawa zarówno jednej, jak i drugiej społeczności, to zwyczajnie prawa człowieka. A te nie podlegają dyskusji.

Continue reading „Przestańcie pieprzyć. Prawa LGBTQ i kobiet to prawa człowieka”

Co się stało w redakcji „Faktów”?

Serwis informacyjny TVN oglądam praktycznie od początku. Nowoczesność studia i profesjonalizm prowadzących w amerykańskim stylu zawsze robił na mnie duże wrażenie. Szkoda tylko, że ta nowoczesność kończy się na poziomie techniki, a gdy idzie o kwestię merytoryczną, to nie ma większej różnicy między „Faktami”, a opanowanymi przed prawicowych ekstremistów „Wiadomościami”.

Continue reading „Co się stało w redakcji „Faktów”?”

Jak pozostać sobą i mieć w dupie dulszczyznę

Pierwszą lekcję dotyczącą samodzielności dostałem będąc dzieckiem, od mojego kochanego tatusia. On, zwolennik skrajnej prawicy, nienawistnik, cwaniak, a przy okazji – co się często zdarza – przykładny katolik, przez kilkanaście wspólnie przeżytych lat jasno dawał mi do zrozumienia, że posiadanie odmiennego zdania, poszukiwania intelektualne czy nawet jakakolwiek oryginalność w wyglądzie to nie tyle błąd, co zwykły wstyd. Należy być takim samym, jak wszyscy, nie wybijać się i robić swoje. Przy każdej okazji bardzo chętnie wyśmiewał wszystkich „pedałów”, „profesurów”, „brudasów” czy „agresywne baby”.

Następną lekcję dostałem w szkole. Gdy okazało się jasne dla mnie i otoczenia, że jestem gejem i zaczynałem przestać ściemniać, że jest inaczej, pojawiły się zaczepki, wyzwiska, doszło nawet do rękoczynów. Bałem się tam przychodzić. Naiwnie wierzyłem, że interwencja u pedagogów coś poskutkuje. Gdzie tam! Okazało się, że najlepiej, jak przestanę się wyróżniać i wtopię w tłum. Agresorom nic się nie stało, nie dostali nawet nagany, a ja dostałem wybór – albo przystosuję się do szarości i stanę się niewidzialny, albo powinienem zmienić otoczenie.

Zmieniłem wtedy otoczenie, a nawet i miasto. Wydawało się, że moja nowa paczka znajomych jest naprawdę tolerancyjna i pełna akceptacji wobec wszystkich różności. Byli wśród nas obcokrajowcy, Żydzi, geje i lesbijki… Niedługo potem usłyszałem od mojego ówczesnego chłopaka, że mam „zbyt pedalski głos” i zostałem poproszony o modulowanie codziennie swojej barwy. Jak możecie się domyślić niebawem zerwaliśmy i wróciłem do Warszawy.

Kolejna lekcja przyszła z jednej z moich pierwszych poważnych prac. Byłem jedynym gejem w redakcji, w której pełno było harcerzy, członków Klubu Inteligencji Katolickiej i Platformy Obywatelskiej z czasów, gdy jeszcze nie spierdoliła swojego imienia rządami. Wszyscy mieli być nowocześni i otwarci. Skończyło się na tym, że zostałem kosmitą, który nie miał nawet z kim wyjść na papierosa, a na wspólne piwo umawiano się w wielkiej tajemnicy przede mną. „Bo gej”.

Wiele lekcji przyszło też z ulicy, gdzie od ponad dziesięciu lat dowiaduję się, że jestem „zahivionym ścierwem”, że powinienem wypierdalać z tego kraju i ogólnie nie mam co tu szukać. No, chyba że wpierdolu. Dziś nie zauważam już tych komentarzy. Gdy ktoś mówi mi w twarz, że nie jestem człowiekiem i powinienem umrzeć to wzruszam ramionami. Gdyby słowa mogły mnie zabić, to musiałbym popełnić samobójstwo z dziesięć lat temu.

Dziś starannie dobieram znajomych, miejsca gdzie wychodzę i ludzi, którym pozwalam komentować swoje internetowe działania. Mam cholernie twardą skórę, lecz zostało to okupione wieloma latami kompleksów, nerwowo wciąganych kresek i wypitych wódek, które miały zmyć ze mnie upokorzenie. Nic z tego nie podziałało, a tę śmiertelną mieszankę przypłaciłem nerwicą, z którą wciąż walczę.

Rzadko wychodzę z domu, bo nasze społeczeństwo jest głupie, nienawistne i niedojrzałe. I tak, po tych wielu pobiciach roszczę sobie prawo do uogólniania i pisania o Polsce jako wielkiej, chorej patologii. Oczywiście znajduję miłe wyjątki, lecz to tylko wyjątki w szarej, sfrustrowanej i agresywnej masie. Nienawidzę swojego państwa, a mimo to wciąż staram się codziennie uśmiechać. To państwo nienawidzi mnie, a wciąż płacę podatki, nie kradnę, kupuję bilety i nie śmiecę. Na nadgarstku mam wytatuowane słowo „Warszawa”, bo naprawdę czuję się z tym miastem związany, choć to właśnie tu spotkały mnie najgorsze rzeczy na świecie.

Wiem, że nie tylko ja żyję w takim schizofrenicznym związku z tym krajem. Męczę się codziennie, boję się czasami wyjść z domu, uciekam przed ciosami. I nie, nie robię z siebie ofiary. Nie muszę, bo jestem ofiarą tego kraju.

17 maja obchodzimy Międzynarodowy Dzień Przeciw Homofobii i Transfobii. Warto więc pisać i mówić o tym, że część Polek i Polaków jest traktowana jak ludzie drugiej kategorii. „Obecnie tylko 5 krajów członkowskich UE nie reguluje w żaden sposób sytuacji prawnej par jednopłciowych. Na 500 mln mieszkańców Unii Europejskiej dostępu do związków partnerskich i małżeństw jednopłciowych nie ma 75 mln osób, z których połowa to Polacy i Polki” – możemy przeczytać w oświadczeniu KPH, które ukazało się z tej okazji.

Walka trwa. Rany się zagoją, ale blizny pozostaną nam na zawsze. Nigdy nie będziemy w pełni wolni, bo w naszych głowach na zawsze pozostanie toksyczny jad, jakim na co dzień raczy nas miłosierna, współczująca, katolicka Polska. Ważne jednak, żebyśmy nie poddawali się, a gdy usłyszymy po raz kolejny „pedał”, nie kulili się w sobie. Bo „pedał” brzmi dumnie, za to Polak coraz mniej.

Złamał mi się paznokieć i…

…i mógłbym z pewnością napisać o tym bardzo długi wpis na bloga, polecić kilka produktów kosmetycznych poprawiających strukturę paznokci, a może nawet na tym zarobić. No właśnie, żyjemy w czasach, w których informacja jest tak powszechna, a social media są taką codziennością, że klasyfikacje na rzeczy poważne i te mniej nie mają już żadnego sensu.

Żyjemy w czasach, w których „Gazeta Wyborcza” jednego dnia pisze tabloidowy i naprawdę haniebny artykuł o Agacie Dudzie, a następnie przygotowuje specjalny numer, który będzie napisany jedynie przez wybitnych pisarz-intelektualistów. Gdzie tu logika i umiar? Jestem przekonany, że te dwa słowa za kilkanaście lat będzie znał tylko profesor Bralczyk.

To dziwne, że w 2016 roku na głos rozsądku wyrasta dwóch ziomków ukrytych pod pseudonimem „Make Life Harder”, którzy ogólnie śmieją się ze wszystkiego, lecz robią to w taki sposób, że publicyści mogliby brać u nich kursy. To oni właśnie niedawno napisali sentencję, która jest jakby skrótem myślowym dzisiejszych mediów.

Żyjemy w czasach, kiedy kucharz z autorem kryminałów analizują konflikt bliskowschodni w „Drugim Śniadaniu Mistrzów”, a Michał Piróg lekką ręką rozstrzyga spory biologów oraz etyków i z dnia na dzień staje się ekspertem od rozwoju prenatalnego. Nie dziwi zatem fakt, że coraz częściej zdarzają się sytuacje, kiedy wydając ci resztę w Żabce kasjer mimochodem rzuca zdanie typu: „A tak w ogóle opona typu PAX – run flat rozgrzana do 75 stopni nie ma prawa pęknąć przy prędkości pojazdu poniżej 180, chyba że mówimy o nawierzchni bitumiczno-polimerowej”. A w odpowiedzi na twoje pytające spojrzenie z uśmiechem odpowiada: „Bo wie pan, ja na co dzień niby pracuję w Żabce, ale tak w ogóle to jestem publicystą na Facebook’u, zapraszam do komentowania”.

Ja też mógłbym pisać o wszystkim – o wspomnianym paznokciu, o ostatnim koncercie Reni Jusis (ograniczyłem się do emocjonalnego postu na Instagramie), o kolejnych płytach, książkach, wydarzeniach, sytuacji międzynarodowej i konflikcie polsko-polskim. Skupiam się jednak – i wiem, że jestem w mniejszości – na sobie samym. Bardzo chciałbym, żeby inni też to robili. Uprzedzam, że nie ma w tym nic złego. Gdy czytam książkę lub oglądam spektakl, który wzbudza we mnie emocje – piszę. Nie napieprzam w klawisze na ilość, bo muszą się statystyki zgadzać. Gdy coś dotyka mnie, piszę. Tymczasem mam wrażenie, że wszyscy czują jakąś wielką potrzebę w zabieraniu głosu na każdy temat, który pojawi się w serialu „Fakty TVN”. Mama Madzi? Napiszę jak było. Złoty pociąg? Wiem, gdzie jest. Powodzie? Mam na to lekarstwo. Wydaje nam się, że wiemy już wszystko, a tak naprawdę jesteśmy coraz głupsi.

Świat współczesny otumania. Pracując w mediach wiem o tym doskonale. Znalazłem jednak sposób, by odcinać się od Snapów Jessicki Mercedes i Instagramu Kylie Jenner. Jak? Traktuję ich niczym hologramy, które co jakiś czas ukazują mi się na horyzoncie. Jestem dla nich miły, one też się uśmiechają. Patrzymy się na siebie czule, a po chwili hologramy znikają. Pewnie wiodą wtedy własne życie lub nawiedzają kogoś innego. A ja tymczasem mam chwilę, by pomyśleć, co tak naprawdę jest dla mnie ważne. I to wcale nie jest granola, treningi, sytuacja gospodarcza czy wojna w Syrii. Ostatnio lubię malować swoje paznokcie, oglądać „BoJacka Horsemana” oraz dużo martwię się co będzie, gdy umrze mój kot Jakub. To są sprawy, które mnie zajmują i wybaczcie, jeśli nie będę o nich więcej pisał, bo gdybym robił to notorycznie, to nie wiem co zostałoby ze mnie. Chyba tylko lajk.