Trudno we mnie wywołać łzy. Trochę w tym zasługa fluoksytyny, a trochę twardej duszy, która już sporo widziała i mało rzeczy robi na niej wrażenie. Na tym filmie popłakałem się jednak jak bóbr. Dlaczego? „Odruch serca” („The Normal Heart”) pokazuje życie takie jakim jest: dramatyczne, pełne lęków i bojaźni, czasami okrutne, a czasami obrzydliwe. A mimo wszystko wciągające i pasjonujące.

Film zaczyna się strasznie, bo przegiętą orgietką znaną ze współczesnych tzw. „filmów gejowskich”. Biorę je w cudzysłów, gdyż kino gejowskie dla mnie nie jest równoznaczne z epatowaniem seksem, penisami i umięśnionymi blondynami. Tym bardziej trochę bałem się „Odruchu serca”, lecz im dalej zagłębiałem się w ten film, tym bardziej zauważałem, że wstęp jest świetnym pastiszem na otaczającą nas tzw. „kulturę gejowską”. Kulturę kultu ciała, beznamiętnego erotyzmu i wartościach skupiających się na obwodzie bicepsa i długości penisa. Otóż nie, drodzy panowie. Gejowi wcale nie równa się seks w bramie, a ten film świetnie to udowadnia.

10257056_668850059818572_5668612833631663096_o
Dziś HIV i AIDS nie budzą już takiej grozy jak kiedyś. Lepsze leki pozwalające właściwie żyć normalnie, „choroba przewlekła”, jak się coraz częściej nazywa wirus, a w końcu powrót do korzeni wolnej miłości, który zauważamy w ostatnich latach sprawiają, że seks bez zabezpieczeń, darkroomy i przypadkowe stosunki są coraz bardziej w modzie. Sam byłem świadkiem, gdy jeden z kumpli na imprezie opowiadał o tym, jak spotkał chłopaka w sklepie, a potem pieprzyli się na klatce. Spotkał się z gromkim aplauzem, podnieconymi spojrzeniami i ogólnym poruszeniem. To takie męskie, odważne i seksowne, prawda?

„Odruch serca” pokazuje jak wyglądało to wszystko zanim stało się „przypadłością” czy „plusikiem”, jak to się pisze na portalach randkowych dla gejów. Przerażenie, panika, niespodziewane zgony, dziesiątkowane grupy przyjaciół, brak jakiejkolwiek odpowiedzi i – co ważniejsze – wsparcia ze strony władz. Jakkolwiek przeraźliwie to zabrzmi, lecz ignorancja ówczesnego rządu USA jest bardzo zbliżona do braku reakcji ze strony polskich władz. Geje? Ten problem nie istnieje. Przecież wiemy, że są, ale czego od nas chcą? Niech już będą, lecz siedzą cicho.

10325313_673338759369702_4976939054334376949_n
W obrazie nie mogło zabraknąć wątku miłosnego. Związek dziennikarza „New York Times” Felixa Turnera (Matthew Bomer) i pisarza-aktywisty Neda Weeksa (genialny Mark Ruffalo) wzrusza, denerwuje i przejmuje, lecz nie wpada w banał czy patos, tak często spotykane w filmach gejowskich. Nie ma tam miejsca na błahostki w obliczu nieznanej choroby, lecz para powoli wyrastająca na najważniejsze osoby ruchu próbującego skłonić rząd do działania stara się zachować normalność. Nawet w momencie, gdy jedno z nich zaczyna mieć objawy AIDS.

Tematyka HIV nie jest mi obca. Wielu moich znajomych jest nosicielami wirusa. Na szczęście dzięki dobrym lekom większość z nich dobrze radzi sobie z uśpionym zagrożeniem. A ilu z kumpli nie wie, bo nie bada się regularnie? Ilu podejrzewa, lecz boi się potwierdzenia i dalej uprawia seks bez zabezpieczeń? Ja już jednego kolegę, który umarł na AIDS, pochowałem. Wierzę, że filmy takie jak „Odruch serca” mogą zmieniać rzeczywistość. Ukazana dosłowność choroby sprawia, że choć na chwilę geje mogą zastanowić się czy na pewno szybkie bzykanko w darkroomie jest tym, co dla nich najlepsze. Mnie zmieniła śmierć P., inni może dadzą radę dzięki filmowi.

10402879_675893562447555_2610375041804859098_n
PS. Nie można nie wspomnieć o Julii Roberts, która genialnie wciela się w postać sparaliżowanej doktorki Emmy Brookner, która jako jedna z niewielu osób hetero czynnie stara się pomagać walczyć z nieznaną zarazą. Roberts udowadnia, że posiada niezwykły kunszt aktorski i świetnie sprawdza się w rolach dramatycznych. Szkoda, że większość z nas i tak zapamięta ją jako pretty woman.

– Nad czym obecnie pracujesz?
– Nad wyrzygiem emocjonalnym. Tylko zmieszanie siebie i innych z błotem sprawi, że będę mógł się otrząsnąć i spojrzeć na to wszystko z dystansu.
– Myślisz, że to pomoże?
– Nie wiem, ale nie zostaje mi chyba nic innego niż obrażanie całego świata, skoro cały świat już jest na mnie obrażony.

#

A co by się stało, gdyby ktoś w końcu wyłamał się i powiedział prawdę? Naprawdę uwierzył, że jest niezależny i wyzbył się tych wszystkich „białych kłamstewek”, małych manipulacji i jawnego łamania swojego zdania, honoru i charakteru? Ciekaw jestem co by się wtedy stało. Załamanie światów jak w Matrixie? A może to, co ze wszystkimi próbującymi wyłamać się ze schematu: dziwne spojrzenia, wzruszenia ramionami i ironiczne uśmiechy. Ale najważniejsze, że Korea Północna jest mistrzem świata w piłce nożnej. A dlaczego by nie?

##

To chyba oczywiste. Przyszłe wybory wygra Janusz Kurwin-Chujwin. I wiecie co, może nie będzie to najgorsze? Być może zgładzą mnie w pierwszej kolejności, lecz czy to nie wyjdzie światu na dobre. Być może dobrze, że wszystko będzie źle. Być może na nic innego nie zasługujemy. Być może Kurwin-Chujwin w dniu wyborów zostanie zgładzony, być może ludzie właśnie wtedy się obudzą ze snu platformianego, być może wtedy wyjdą na ulicę i zrobią to, na co zasługują Tusk, Kaczyński, Miller, Palikot, Gowin i Ziobro – wbicie na pal i obsikanie przez członków komitetów wyborczych Partii Przyjaciół Piwa. Na nic innego nie zasługują, jako jedyni w tym kraju zasługują na śmierć poniżej wszelkich standardów i przepisów BHP.

###

Jakiś bardzo nieestetyczny pan z portalu wpolityce.pl napisał tekst o bardzo fajnym tytule: „Najwyższy czas zdemaskować szpetotę niepełnosprawnych i oczyścić naszą rasę z tych ludzkich odpadów”. Niestety nie byłem w stanie przeczytać nic poza tytułem, gdyż myślę o tym, by zupełnie zrezygnować z czytania. Niczemu to nie służy i zajmuje czas, który mógłbym poświęcić na oglądanie kradzionych seriali bądź słuchanie muzyki, która tak naprawdę nie jest muzyką, lecz nikt się nie przyznaje, bo tak wypada. I słuchamy tych pojebanych szmerów, kiwamy ze zrozumieniem głową i udajemy głębokie zainteresowanie niezwykłym zaangażowaniem.

441167

####

Pewna pani z Ameryki wydała 30 tysięcy dolarów tylko po to, by upodobnić się do Kim Kardashian. Kim Kardashian wydała nieznaną liczbę zielonych banknotów po to, by upodobnić się do nie wiadomo kogo. A ty ile wydałbyś by upodobnić się do swojego seksualnego marzenia? Zbudowanie mięśni, dorodny kutas, niebieskie oczy i owłosienie lub jego brak. Bardziej wystający tyłek i mniej wystający brzuch. Gdybyśmy nie byli biedni, to wszyscy mielibyśmy chuje jak stąd do kolan. A tak to musimy udawać skromnych albo inteligentnych.

#####

Czy nadzieja istnieje? Kasia Nosowska dekadę temu uważała, że nie, ale chyba teraz jej się znowu odmieniło. Ja nie wiem. Nie potrafię chyba uwierzyć w coś, czego nie potrafię udowodnić. A wszystko wydaje się dziać nawet nie tyle w ramach jakiegoś z góry ustalonego planu, ale właśnie zupełnie bez sensu. Gdybym mógł nie uczestniczyć w życiu tej planety to chętnie i tak chętnie podglądałbym losy ludzkości. Właśnie teraz odkryłem, że Maciej Musiał został didżejem. Rok temu. Muszę pilniej śledzić co się dzieje w świecie nienawiści i zbytku.

Największy prezent, jaki co roku pojawia się na moich urodzinach robię ja i jest to impreza urodzinowa. Z roku na rok jest coraz większa. Dwa lata temu bawiliśmy się w zamkniętej już Warszawskiej. Występował wtedy Krem, a obchody przeciągnęły się na (chyba) sześć miejscówek i prawie dwa dni. Rok temu impreza odbyła się w Eufemii. Mimo że padało, było naprawdę sporo osób. Znów grała Wiki z Kremem, a za didżejką stanęła też Mickey Wyrozębski. To były urodziny szczególne, bo poznałem na nich wyjątkowego chłopaka.

Teraz znów zapraszam Was do Eufemii. W najbliższą sobotę 12.07 będziemy się bawić w naprawdę dużym gronie. Zagra aż pięć zespołów, które lubię i szanuję. Prócz nich zagrają moi znajomi didżeje, a to wszystko serwuję Wam zupełnie za friko. Największym prezentem, jaki możecie mi zrobić to po prostu pojawić się na wydarzeniu.

10433907_418944388246369_2978973904935247594_n
Po długich negocjacjach udało się ustalić ostateczny line up. Oto on:

20:00 – 21:00 Patryk puszcza swoje polskie hity

To czas dla mnie. Wszyscy wtedy będą jeszcze (w miarę) trzeźwi, a więc będą mogli podziwiać moje wspaniałe ucho i wybitny gust. Nie zabraknie takich smaczków jak ABBA po polsku, Misia Furtak, MoMo, Krystyna Prońko, Majka Jeżowska, Urszula, Cool Kids Of Death, Bajm i wiele, wiele innych. Jak dla mnie idealnie na bifor.


21:00 – 21:30 koncert Per Wers

Za projektem Per Wers kryje się moja stara, dobra koleżanka Karolina Mełnicka. Nasza znajomość mocno ucierpiała gdy ta wyprowadziła się na studia do Szczecina, ale wiem, że jest jej tam dobrze i widzę, że robi naprawdę piękne rzeczy. Jedną z nich zaprezentuje już w sobotę. Zdecydowanie warto.


21:30 – 22:00 set Mateusza z Alcowhore

W czasach, gdy jeszcze na poważnie (!) bawiłem się w didżejkę i współtworzyłem duet Blaster Bitches mocno kumplowałem się z parą szalonych chłopaków: Mateuszem i Fiftim. Postanowili założyć własny kolektyw, ja tylko przyklasnąłem i pomogłem im znaleźć odpowiednią nazwę. Ja żagle zwinąłem, lecz oni cały czas trwają. Mateusz udowodni to już w sobotę.


22:00 – 22:30 koncert Kremu

Pewną tradycją jest, że Wiki występuje na moich urodzinach. Trudno się dziwić – nasza przyjaźń trwalsza jest od najsilniejszych warszawskich miłości, a sam Krem idealnie wpasowuje się w moje gusta muzyczne. Dawno nie grali w Warszawie, a mają naprawdę wiele nowych, dobrych kawałków. Jest w czym wybierać, co lubić i do czego tańczyć. Musicie tego posłuchać.

22:30 – 23:00 kolejny set Mateusza z Alcowhore

23:00 – 23:30 koncert ADU

Wciąż spotykam się ze stereotypem, że dziewczyny z ASP to lekko zdziwaczałe i samotne istoty ubrane w luźne ubrania w kolorze khaki i ze źle skręconymi dredami na cukier. Te czasy szczęśliwie minęły. Udowodni to Ada Karczmarczyk, wschodząca gwiazda polskiej sztuki, doceniana artystka multimedialna z – co rzadko spotykane – pomysłem na siebie. Uwaga: mile widziane różańce!

23:30 – 00:00 set KARLO$A

Kto był na drugiej i jak na razie ostatniej edycji imprezy #windadonieba wie, z czym to się je. KARLO$ to wybitnej klasy młody didżej przyjaźniący się z największymi tuzami światowej sceny muzyki klubowej: Kate Ryan, Reni Jusis czy Gosia Andrzejewicz. Miejmy nadzieję, że wszyscy będą wystarczająco wstawieni by przestać udawać, że nie bawi ich kicz totalny.


00:00 – 00:30 koncert Divines

Młoda, świeża formacja z Warszawy. Mnie urzekła swoim hitem „Warsaw, what you’ve done to me”. Fajną energię udowodnili też kolejnym klipem „LUV”. Widać, że szybko robią duży muzyczny progres. Aż miło obserwować jak zgrabnie się rozwijają. Malkontenci powiedzieliby nawet, że „fajne, bo nie słychać, że polskie”, lecz ja napiszę po prostu: fajne!

00:30 – 01:00 set KARLO$A

01:00 – 01:30 koncert KRZYŻ:KROSS

Chłopaki z Częstochowy są niesamowici. Byli pierwszymi artystami, jakim kiedykolwiek w życiu zorganizowałem koncert. Niezwykła energia, życiowe (wbrew pozorom) teksty i dobry electroclashowy przytup sprawiły, że tak samo dobrze słuchało się ich w 2008 roku, jak i teraz. Uwaga: proszę nie upijać Marko, wokalisty, żeby dał radę wystąpić o tej nieludzkiej porze.


01:30 – ??:?? PADIX i inni

Aleksandra Paduch miała kiedyś ksywkę „Olazpornola”, ale teraz już dorosła i przybrała imię PADIX. Ola gra od niedawna, ale z wielkim zapałem. Kto ją zna ten tak jak ja zastanawia się w jaki sposób w tak małym ciałku mieści się taka ilość energii. Dla mnie to do dziś nierozwikłana zagadka. Możecie spróbować ją odgadnąć już w sobotę. A Oli w zabawie będę pomagał ja, KARLO$ oraz zapewne jakaś pijana nastolatka, która będzie chciała by puścić jej Rihannę. Uwierzcie mi, że na każdym melanżu zdarza się statystycznie jedna taka laska. Sprawdzone przez amerykańskich naukowców.

10443694_630942493667579_435925533_n

Plakat zrobiła niezawodna, cudowna i przewspaniała Monika Wyłoga. Wielkie dzięki!

A teraz trochę konkretów:

12:07, sobota
Klubojadalnia Eufemia, ul. Krakowskie Przedmieście 5 (wejście od pasażu Wacława Niżyńskiego)
start: 20:00
płatność tylko gotówką

Więcej na Facebooku!

* Chwytliwy tytuł, co? Pochodzi z refrenu jednej z piosenki zespołu KRZYŻ:KROSS, którą legalnie ściągnąć możecie tutaj.

Tworząc teraz jakiś nowy twór medialny jest cholernie trudno. Magazynów na rynku jest mnóstwo, a tych internetowych jeszcze więcej. Liczba dziennikarzy (lub osób uważających się za dziennikarzy) przewyższa, mam wrażenie, liczbę potencjalnych czytelników. Blogo-portale poświęcone nieśmiertelnej tematyce lifestyle’owej (cokolwiek to znaczy) mnożą się jak grzyby po deszczu. Równie szybko upadają. Ja sam jestem przynajmniej raz w miesiącu proszony o współpracę z nowym, „unikalnym” projektem. Nigdy nie mówię od razu nie, lecz na pojawiające się wtedy moje pytanie: „a co będzie wyróżniać ten magazyn?” zwykle nie dostaję już odpowiedzi… Ale ja nie o tym. Chciałbym Wam opowiedzieć historię pewnego mojego projektu.

To było w czasach zanim głównym tematem rozmów stał się Facebook, a tematem mediów to co ktoś napisał na portalach społecznościowych. Smartfony nie były zbyt popularne, a o aplikacjach na telefon nikt raczej nie myślał na poważnie. Wtedy właśnie, a były to czasy mojego liceum, wraz z paczką przyjaciół postanowiliśmy założyć magazyn. Stać nas było tylko na marne kserówki, które wykonywała moja mama, tachając je raz w miesiącu z pracy do domu. W domu odchodziła akcja zszywkowa i poszczególne numery były gotowe do „dystrybucji”, czyli rozniesienia po zaprzyjaźnionych klubach i kawiarniach.

full

Magazyn nazywał się „COPI”. Miał około sześciu stron. Było kalendarium wydarzeń (nie było Facebooka, a więc także irytujących zaproszeń na imprezy), wywiady z ciekawymi postaciami (tak poznałem m.in. Rafalalę), recenzje płyt czy książek. Wszyscy byliśmy wtedy mocno zafiksowani na punkcie muzyki indie rockowej i w takim klimacie prowadziliśmy „COPI”. Nie mieliśmy specjalnie pieniędzy na wydawanie, więc fundusze czerpaliśmy z kieszonkowego lub przypadkowego zarobku w zamian za „reklamę” w naszej gazecie. To śmieszne, nie używaliśmy przy tym słowa barter!

Pomysł przetrwał pięć numerów. Przy ostatnim już sporo się kłóciliśmy. Najwięcej o okładkę, co chyba jest normą we wszystkich zarówno alternatywnych, jak i mainstreamowych wydawnictwach. To fajne wspomnienie. Zwłaszcza, że działaliśmy wtedy w kilku historycznych miejscach: w Jadłodajni Filozoficznej, Saturatorze czy na Chłodnej 25. Jak pisałem mało zachowało się śladów po magazynie w sieci. Odnalazłem m.in. opisy redakcji. Zgadnijcie pod którym kryję się pseudonimem!

une – licealista, warszawiak z przekonania, z patologicznej rodziny. Gej. Wiecznie szukający miłości i zrozumienia. Spokojny i szalony, namiętny i oschły. Zawsze szczery. Idealista i ateista.
L. – młoda dziewczyna, licealistka. Bywalczyni klubów. Wszystkowiedząca i wszystkowidząca. Żyje chwilą i tym co uszyje.
daphne – kaleka emocjonalna… wyraziste barwy, czasami zbyt. Jest jak pop art. Jedni ją kochają, inni nie. Każdy zwróci uwagę.
sugaricing fairy – chciałaby być dobrą wróżka, ale za bardzo jej to nie wychodzi. Próbuje odszukać siebie w sztuce… wszelakiej. W zasadzie to nie wie, czy jej to wychodzi.
szpikulec – czujna obserwatorka wszystkiego co dzieje się w mieście. Pojawia się gdzie trzeba i kiedy trzeba. Styl zależny od aktualnych fascynacji oraz nastroju. Aspiracje miewa, inspiracje czerpie. Lubi ciepłe wieczory i letnie poranki. Uśmiecha się do słońca i tańczy z księżycem. Często zasypia na podłodze.
dorian gray – przede wszystkim piękny i słodki jak cukierek anyżowy. Ale także uczynny i złotousty.

copi

W ostatnim numerze poruszaliśmy następujące tematy:

MAINSTREAM W UNDERGROUNDZIE: CZYM JEST DZIś SZTUKA ALTERNATYWNA?
„Ale zaraz zaraz. Nie tylko Britney Spears, Tokio Hotel czy US5 są tworami speców od marketingu. Zespoły takie jak Coldplay, Muse czy dużo mniej znane i bardziej niszowe w teorii, mają autentyczny garażowy rodowód, ale swoje albumy opierają na działaniach producentów. Ikona buntu, subkultura Punk 77, została wymyślona w taki właśnie sposób przez Malcolma McLarena. Trzeba być głupim by wierzyć w to, że partie basowe na legendarną dla undergroundu płytę Never Mind The Bollocks nagrał Sid Vicious…”
MIĘDZY ALIGATORAMI
„Czasem przydają się czarne okulary, obowiązkowo musisz palić DJARUM’y, bo przecież kosztują tylko 12 złotych, są najbardziej szkodliwe dla zdrowia (w końcu tatuś zarobi i kupi ci nowe płuca) i wszędzie sypią popiołem (akcent religijny – motyw środy popielcowej), ponadto warto – ale tylko czasami, byś utożsamiał się z jakąś trendi subkulturą – np. mały, nieudany dzieciak nie bardzo wiedzący co to EMO, bądź dystyngowany miłośnik INDIE z NME pod pachą.”
KINO.KAMERALNIE.
„Być może wreszcie zaczęło nam przeszkadzać chrupanie za plecami. Matki syczące w ciszy na dzieci, żeby były cicho, dzieci zaczepiające widzów obok. Przecież nie po to chodzimy do kina, żeby się najeść ostrych nachosów, opić colą i posiedzieć ze znajomymi. Szybko zorientowaliśmy się, że kina umieszczone w centrach handlowych tylko do tego się nadają. Do wszystkiego poza oglądaniem filmów.”

Ale mi się zebrało na wspomnienia! Lecz jak śpiewała nieśmiertelna Irena Santor (ciekawe czy ona kserowała ziny): „Tych lat nie odda nikt…”

Mariusz Odwarzny to ambitny aktor młodego pokolenia. Jednym z jego najnowszych projektów jest FLORA.SUPER. – ni to mężczyzna, ni to kobieta. Artysta, parodystka, nihilista. Było już wiele flor. Była ta od fauny, była ta do kanapki, wreszcie ta spod Kalisza… Przyszedł czas, by pojawiła się flora inna niż wszystkie pozostałe – FLORA.SUPER.

10467625_684886724915887_505289486_o 10473589_684886491582577_230255628_o 10459970_684886804915879_266820164_o

Patryk Chilewicz: Takiego projektu jeszcze nie widziałem. Wieczory panieńskie kojarzą się bardziej z umięśnionymi striptizerami niż aktorem parodystą wcielającym się w kobiece alter ego. Czy jest zainteresowanie Florą? I jacy ludzie „zamawiają” jej występy?

FLORA.SUPER.: Z tym „aktorem” to bym nie przesadzał, bo Mariusz ani szkoły artystycznej nie ukończył, ani po eksternie nie jest! Grać – gra, ale siebie przez całe życie, a to ma się już bliżej do „parodysty” właśnie lub – jak to określiła pewna pani, chcąc mu umniejszyć – do „oszołoma” (to spodobało się Mariuszowi i z tym mianem kroczy).

Nie będę się spierał – również takiego projektu jeszcze nie widziałem, stąd całkiem spontanicznie udało się etapami coś świeżego stworzyć. Jedni powiedzą, że to już było, inni napiszą, że tego nie powinno być – ja natomiast pokazuję, że to jest! FLORA.SUPER. jest żywa! Pokazuję, by inni mogli to zobaczyć (jakie to naturalne), bo widzieć znaczy wiedzieć, a z racji tego, że masy są zazwyczaj w ulepionym, negatywnym podejściu a priori – moim jedynym rozwiązaniem na dotarcie do odbiorcy, jest się pokazać, dać mu siebie doświadczyć, bo w terminologii, definiowalności zawrzeć mogę jedynie przedsmak tego, kim FLORA.SUPER. jest naprawdę.

Często posługuję się – jeśli już wchodzić w znaczenia – skrótem od reakcji ludzi na moją odpowiedź. Kim jest FLORA.SUPER.? Odpowiadam: FLORA.SUPER. to po prostu FLORA.SUPER. Oni wtedy mówią: AHA…?! I niby nie wiedzą, a jednak coś tam w nich zupełnie nieświadomie siedzi, co FLORĘ.SUPER. określa.
Mianowicie, „AHA” to skrót od trzech bliskich, budujących ją słów-kluczy:

A jak ALTERNATYWA – do rzeczonych umięśnionych striptizerów, którzy (nie zawsze) kopulują na blatach kuchennych zaskoczonych, pół przytomnych dziewic;
H jak HYBRYDA – facet (tutaj: ja) przebiera się za kobietę, zostawiając przy tym atrybuty swej męskości – ta mieszanka daje nową materię, czyli FLORĘ.SUPER.;
A jak ALTER-EGO – jest w każdym mężczyźnie ślad kobiety, który można zatrzeć lub pielęgnować, korzystać z niego – ja miałem być Magdą, jej pierwiastek we mnie siedzi i pomaga być wiarygodnym, gdy wchodzę we FLORĘ.SUPER.

Za moment powstania tej postaci uważam zakup czeskiego beretu na warszawskiej garażówce – tego dnia miałem wystąpić po raz pierwszy w przebraniu kobiety na wieczorze panieńskim siostry przyjaciółki. I potrzebowałem jakiegoś pseudonimu – zdjąłem świeżo zakupiony beret, spojrzałem na metkę: model FLORA.SUPER.! Nie potrzebowałem więcej – świecki cud istnieje i to była jedna z jego odmian…

Początki były czymś w rodzaju spontanicznego szaleństwa, pijackich „powydurniań” na wieczorkach koleżanek, przyjaciółek i ich kuzynek. Ile zapłacili, tyle zobaczyli. W następstwie pojawiał się kac, telefony od przyszłych mężów i jakaś gotówka. Ważne było to, że byłem jedynym mężczyzną na tej ich ostatniej wędrówce po piekiełku, dlatego nie zawsze wychodziłem cało – mam na myśli garderobę. Trzeba więc było wreszcie zbudować pewien konstrukt postaci, nadać jej charakter, określić wymagania techniczne. I tak z wariactwa niekontrolowanego zrodziło się kontrolowane uwalnianie idioty, czyli półtoragodzinne śpiewaczo-krasomówczo-taneczne „szoł” (bez pokazywania przodu i tyłu). Standardowo pięć piosenek śpiewanych na żywo z podkładem, przeplatanych wywodami o dotychczasowym życiu przyszłej panny młodej, przebiórkami w tematyczne kreacje oraz szeroko rozumianą improwizacją i animacją uczestniczek – w ogólnym zarysie ten czas to spojrzenie na sprawy odwieczne okiem „przebierańca”, czyli kogoś, kto nie przebiera w środkach, a tym samym przybiera niekonwencjonalne widzenie, mówienie, po prostu bycie. I nie o bycie transseksualistą, transwestytą czy transgenderystą tutaj idzie – zapominamy o pobudkach socjalnych, seksualnych, sakralnych (pewnie też). Jedynym rozwiązaniem na definiowalność wydarzenia jest nazwanie go po prostu performatywnym, takim, które w jakiś sposób kreuje na chwilę rzeczywistość, ale jedynie bawiąc, dając pociechę, rozśmieszając, etc.

Zawsze mówię tym, którzy tak bardzo chcą wejść we wszystko analitycznym rozumem i rozłożyć na łopatki albo części pierwsze: był sobie klaun, który milczał, zaraz po nim wchodziła kobieta z brodą, która miała brodę (szał), potem ktoś z widowni poślizgnął się na skórce od banana i było śmiechu, co niemiara. Byli bracia Marx i Chaplin, de Funes i Kołaczkowska (jest), kabarety, satyrycy, mimowie. Wystarczyło jednak, by facet przebrał się za babę, miał owłosione nogi oraz zarost i nawet nie był nad wyraz zdolny fiskomicznie czy parodystycznie, to rzesze oglądających umierały ze śmiechu. A skoro twórca FLORY.SUPER. ma to wszystko, jest zabawny i śpiewa – czemu nie dać światu czegoś świeżego, niepretensjonalnego, zapamiętywalnego?

Zainteresowanie FLORĄ.SUPER. rośnie, ale trzeba dużego wkładu pomysłodawcy, by rynek ją zauważył. Są jeszcze obawy przed kimś nie do końca normalnym, kto w końcu przebiera się za kobietę, są jeszcze zwolenniczki limuzyn i różowych unicornów, są wreszcie jeszcze samice, które potrzebują być zmłócone przez ogiera. Dlatego nie strasznym jest dla FLORY.SUPER. sprzedawać się dla czystej reklamy to tu, to gdzieś tam, bo czasy liche i cały czas ważniejszy jest ten Licheń.
Oczywiście dążymy w pocie czoła, by FLORA.SUPER. bywała na salonach i dano jej rozbawić córkę jakiegoś posła czy celebryty, ale większy nacisk kładziony jest raczej na pewien artystyczny głód, czyli stworzenie monodramu, recitalu czy czegoś dla szerszego mentalnie odbiorcy lubiącego eksperymenty. Nie ukrywamy jednak, że chcemy zarabiać, ale nie jest to równoznaczne z wciskaniem barachła do domów klientek czy zamienianiem jakości w ilość – jesteśmy tani, wygodni i ładni!

Jeśli mielibyśmy nazwać grupę odbiorców, to FLORZE.SUPER. zaufali i ci, którzy otwierają się na nowe, ale i ci, którzy lubią słomki w kształcie peniska. Także nie ma tu rysu charakterologicznego postaci zapraszających FLORĘ.SUPER. – jedyne, co można w tej kwestii powiedzieć to, że poczta pantoflowa daje największą możliwość dla FLORY.SUPER., by zaprezentować swoje, ale i dla rzeczonych odbiorców jest to wielka szansa spotkania nietuzinkowej postaci i powiedzenia sobie: lubię ją cholera!

Wydaję nam się, że jest coraz lepiej – zapraszają na wywiady (patrz: tu), chcą w telewizji, mówią na mieście. Oby tylko nie znalazł się lepiej przygotowany „ktoś” z dobrym PR, agentem i wkładem finansowym. Wtedy leżymy – i ja, i FLORA.SUPER. I choć lubimy tę pozycję, to jednak stanąć na nogi kiedyś by wypadało. Nie zmącą nam jednak dobrego widzenia takie perspektywy, bo razem mamy coś na wielką literę ‘C’ – albo się to ma albo się tego nie ma… To jest po prostu CZAR!

„Jeden głębszy” to cykl na blogu #ohpatryk. Sprawa jest prosta jak kieliszek wódki. Ja zadaję jedno pytanie, a gość wyczerpująco na nie odpowiada.

Co-Sovel to autorski projekt Izoldy Sorenson, znanej z zespołów takich jak Drekoty i Julia Marcell, która przygotowała materiał na swoją debiutancką płytę. Jej muzyka określana bywa mianem alternatywnego popu, elektroniki i indie-folk. Śpiewane przez liderkę projektu teksty stanowią jej autorskie przekłady ze słoweńskiego na języki angielski i polski wierszy Srecko Kosovela – poety początku XX wieku, zaliczanego do nurtu modernistów, ekspresjonistów i dadaistów. Awangardowość i konstruktywizm form Kosovela znajduje swoje odbicie także w metodach pracy Izoldy Sorenson – tłumaczenia nie są dosłowne, a luźne podejście do poezji niebanalnego Słoweńca znajduje uzasadnienie w nazwie zespołu, której rozszerzenie oznacza tyle co „Cooperation with Kosovel”.

unnamed

Patryk Chilewicz: Śpiewasz w zespole, jednym z tysięcy w tym kraju. Gracie fajną muzykę, lecz teksty nie są najprostsze na świecie – podobnie jak poezja Kosovela. Czy robicie to z pasji czy dla zarobku? Konkurencja jest duża, więc jaki jest cel Co-Sovel?

Izolda Sorenson: Gdybym dla zarobku zabrała się za umuzycznianie poezji, to z pewnością byłabym niezwykle naiwna. „Młodszy kolega” Kosovela, Dane Zajc, powiedział kiedyś, że twórczość nastawiona na sukces, z góry skazana jest na niepowodzenie. Trudno mi się z nim nie zgodzić. W końcu rozwój odbywa się przez negację. A nastawienie na sukces właściwe jest twórczości zaangażowanej, dedykowanej, czyli komercyjnej. Ja nie chcę tworzyć programowej muzyki , która odpowiadałaby potrzebom rynku (choć samo założenie bezprogramowości niesie ze sobą pewien program). Jeśli by tak było, to zamiast zimowej scenerii w „Detektywie nr 16” byłaby raczej plaża i wino.

W sumie cieszę się z faktu, że mamy tysiące zepołów w Polsce. Mam skąd czerpać inspiracje! Poza tym nie wierzę w statystyki. Szczerość i autentyczność sprawia, że muzyka nie potrzebuje rachunku prawdopodobieństwa. Broni się sama.

A warstwa tekstowa… Rzeczywiście nie należy ona do najprostszych. Poezja Kosovela w Co-Sovel pojawia się jednak w zupełnie innej formie. Przede wszystkim nie sa kalką jego wierszy, ale pewnego rodzaju improwizacją na temat frazy, myśli, słowa zawartego w oryginale. To przedsięwzięcie przypomina w gruncie rzeczy odpoetycznianie poezji. Zwłaszcza, że większość tekstów zostaje pozbawiona politycznego kontekstu. Z Kosovela czerpię emocje. Pomijam historyczne zdarzenia. Celem jest raczej nawiązanie do pewnego rodzju uczuciowości niż odśpiewanie ładnie brzmiących fraz. Czy teksty są za trudne dla odbiorcy? Myślę, że w zmodyfikowaneju wersji nie należą do najtrudniejszych. Nie zaspokoją prawdopodobnie potrzeb biernego słuchacza, ale aktywnych odbiorców jest wśród nas coraz więcej. Może zabrzmi to trochę patetycznie, ale dla mnie muzyka to pewnego rodzaju intymne wyznanie, w którym najistotniejsza jest szczerość przekazu. Z tego właśnie bierze się jej indywidualizm i pozytywny odbiór.

Myślę też, że nie można rozwarstwiać tego, co stanowi całość przekazu. Muzyka i tekst powinny tworzyć spójny twór. Analiza tekstu piosenki nie jest konieczna do jej pełnej percepcji. Oba te elementy powinny wywoływać u słuchacza wrażenia, wyzwalać emocje, poruszyć, wstrząsać czy wzruszać. Cel muzyki Co-Sovel jest katartyczny. Jako miłośniczka muzyki popularnej dostrzegam w Co-Sovel lekkość i przystępność charakterystyczną dla tego rodzaju muzyki.

W warszawskiej Królikarni tydzień temu otworzono pierwszą retrospektywną wystawę prac Marii Papy Rostkowskiej – jednej z ciekawszych polskich rzeźbiarek XX wieku. Los niezależnej, zdecydowanej kobiety, której towarzyszy aura wyjątkowej urody „pięknej Słowianki”, splata się z dramatyczną historią stulecia. Działaczka „Żegoty”, odznaczona orderem Virtuti Militari i łączniczka Powstania Warszawskiego odnajduje się w sercu paryskiej awangardy lat 50. Aktywna realizatorka idei realizmu socjalistycznego, przytłoczona duszną atmosferą Warszawy lat 50. wyjeżdża do Francji, by szukać twórczej wolności. Zanim odkryje pasję swego życia – marmur kararyjski – trafia do artystycznego salonu, skupionego wokół prestiżowej galerii XXe Siècle. Tworzenie zawsze pozostaje dla niej najsilniejszym wewnętrznym przymusem. Ostatnie dekady życia spędza w Pietrasanta we Włoszech, w skupieniu oddając się temu, co uznała za najważniejszy sens swej egzystencji – własnoręcznemu wykuwaniu wyrafinowanych, na poły abstrakcyjnych rzeźb z marmuru. Jej klasycyzujące kompozycje o lśniących powierzchniach zdobią dziś prestiżowe kolekcje prywatne i gmachy użyteczności publicznej na całym świecie.

Poniżej moja relacja z wystawy:

zdjęcie 2 (6) zdjęcie 1 (2) zdjęcie 2 (2) zdjęcie 3 (2) zdjęcie 4 (2) zdjęcie 5 (2) zdjęcie 1 (3) zdjęcie 2 (3) zdjęcie 3 (3) zdjęcie 4 (3) zdjęcie 5 (3) zdjęcie 1 (4) zdjęcie 2 (4) zdjęcie 3 (4) zdjęcie 4 (4) zdjęcie 5 (4) zdjęcie 1 (5) zdjęcie 2 (5) zdjęcie 3 (5) zdjęcie 4 (5) zdjęcie 5 (5) zdjęcie 1 (6) zdjęcie 3 (6)

Maria Papa Rostkowska
15.06 – 21.09.2014
Królikarnia, ul. Puławska 113, Warszawa

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 783 other followers