Ewolucja zmieniła nie tylko nasz wygląd, lecz też zachowania. Mówi się, że instynkt pozostał w każdym z nas, lecz coraz częściej przegrywa on z gierkami, w które chcąc nie chcąc gramy. Związkowe szarady mieszają bardziej niż matka natura, lecz nic naturalnego z nich nie wynika. Wręcz przeciwnie.

– Nie będę do niego dzwonić, bo ostatnio to ja dzwoniłem – powiedział niedawno mój kolega, a ja się załamałem. Na pytanie dlaczego zrobił zdziwioną minę. – Przecież tak wypada – wyjaśnił wszystko mówiącym tonem. Ale co wypada?

Zaczynając się z kimś spotykać robimy sobie i drugiej osobie emocjonalny rollercoaster złożony z ciągłych zwrotów akcji. Jak ktoś napisze SMS, to wypada odczekać dziesięć minut, a odebrać to najlepiej po czwartym sygnale. Jak zrobi się to wcześniej to ponoć znaczy, że jest się narwanym, a osobnik po drugiej stronie słuchawki dowiaduje się, że jesteśmy zdesperowani.

Oj, jesteśmy zdesperowani! Jeśli tego typu zagrywki mają być podstawą do budowania jakiejkolwiek poważnej relacji, to nic dziwnego, że większość z nas jest singlami. Przecież nikt nie podpisywał żadnych zobowiązań dotyczących tego kto, w jakich ilościach i kiedy ma się do drugiej osoby odzywać. Po co więc nakładamy sobie ograniczenia?

Tworzymy jakieś bariery, desperacko starając się nie pokazywać swoich uczuć. Nawet jeśli ktoś nam się podoba, to prędzej wpuścimy go do sypialni, niż damy mu to do zrozumienia. „Bo wtedy przecież będzie wiedział” – brzmi najczęściej odpowiedź. Ale co niby będzie wiedział, skoro seks można załatwić sobie w ciągu kwadransa przez aplikacje randkowe? To tym wszystkim ludziom też się podobamy?

I kolejna sprawa – emotikony. Różowe serce przebite strzałą chyba już ostatecznie zastąpiło trzy piękne słowa: podobasz mi się. A skoro nie potrafimy się komunikować, to nic dziwnego, że nasze relacje pozostają tak krótkie, miałkie i pozbawione jakiegokolwiek sensu.

Nie lepiej czasami po prostu usiąść, przytulić kogoś i powiedzieć mu: fajny jesteś? Ja wiem, że być może to pieprzone różowe serce sprawia, że jest łatwiej i szybciej, ale czy na pewno przyjemniej i mądrzej? Czasami jedyne co warto poprawić w relacji to jakość. Czasami, bo niektórzy już nie potrafią o nią zadbać. I pozostaną już pewnie na wieki w swoich związkach o długości 140 znaków ze spacjami.

10 maja jak zawsze pójdę na wybory. Od uzyskania pełnoletności nie przegapiłem jeszcze żadnych, uznaję to za swój obywatelski obowiązek. W tym roku jednak, po raz pierwszy, oddam głos nieważny. Nie jestem w stanie zagłosować na żadnego z kandydatów, którzy biorą udział w tych wyborach, nie jestem w stanie świadomie wybrać pomiędzy kimś kogo boję się, a kogo zwyczajnie nie lubię.

Nie chcę rozpisywać się o kolejnych kandydatach. Jestem człowiekiem lewicy, więc kandydaci nienormalni (Korwin-Mikke), faszyści (Braun), nacjonaliści (Kowalski) czy żywe roboty (Ogórek, Kukiz) zwyczajnie mnie nie interesują. Szkoda mojego stukania w klawiaturę i Waszego czytania – pamiętajcie, by nie marnować go na osoby, które Was nie szanują. I dalej: Palikot jest dla mnie zupełnie niewiarygodny, a Komorowski… no właśnie. Gdy tylko mówię w swoim środowisku, że 10 maja oddam głos nieważny, spotykam się albo z ponurym zrozumieniem, albo z nerwowymi pytaniami: a jak wygra Duda? Dlaczego nie Komorowski, mniejsze zło?

Moi drodzy, wybory prezydenckie, zwłaszcza w pierwszej turze, nie są wyborem mniejszego zła, a własnego kandydata. A tego brak. Podobnie jak ja zrobi też senator Włodzimierz Cimoszewicz. – To mój protest obywatelski, bo nie czuję się poważnie traktowany jako wyborca – powiedział niedawno w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”.

Jeśli największym osiągnięciem urzędującego prezydenta jest zgolenie wąsa, a sam pan Komorowski żongluje takimi sprawami jak in vitro czy ustawa antyprzemocowa, to nie mogę mieć do niego sympatii. Związki partnerskie? Niech zacytuję: „W polityce tryb przypuszczający się nie liczy, a że takiej ustawy nie ma, nie ma więc o czym rozmawiać”. Skoro nie ma o czym rozmawiać panie Komorowski, to nie ma też co liczyć na mój głos.

Na ten mogła liczyć Anna Grodzka – zbierałem nawet podpisy pod jej kandydaturą. Niestety przepadła, widać w naszym zoranym faszyzmem kraju, przedstawiciele tej ostatniej ideologii są cenniejsi od wolnościowej, zdroworozsądkowej i kulturalnej kandydatki. – Podjęłam decyzję. Poprę w wyborach tę część społeczeństwa, która odda głos nieważny. Ja zamierzam. Pójdę do wyborów i oddam nieważny głos – powiedziała Grodzka w rozmowie z portalem 300polityka.pl. Zgadzam się z nią.

Media kreują te wybory na arcyistotne. Przypomnę, że nasz ustrój sprowadza prezydenta do roli głównie reprezentacyjnej, choć mogącej proponować projekty ustaw. Komorowski ani nas świetnie nie reprezentuje za granicą (przypomnę choćby niedawną wpadkę z szogunem), ani nie jest zainteresowany współpracą z Sejmem. Służy raczej do podpisywania ustaw swoich kolegów z PO. A mówienie o nim jako o kandydacie niezależnym jest żenującym kłamstwem.

Z drugiej strony media, nazwijmy je roboczo bardziej nowoczesnymi, kreują atmosferę, że niegłosowanie na Komorowskiego jest oddaniem głosy na Dudę, który zniszczy ten kraj. A więc dwa fakty:

  1. Nie oddając głosu na Komorowskiego, nie głosuję na Komorowskiego, a nie oddaję głos na kogoś innego. Takie są fakty.
  2. Skąd pewność, że Duda „podpali Polskę”, jak głosi urzędujący prezydent wraz ze swoim TVN-owskim zapleczem? Mieliśmy już jednego pana z PiS-u przy władzy, wydaje się, że jeszcze mniej samodzielnego niż rzeczony Duda. Zrobił wiele głupstw, ale nie miał wielkiego pola do popisu (ach ta delikatna gra słów!). I czy na pewno było to więcej głupstw, afer i poniżeń niż te, które serwuje nam jakże światowa i nowoczesna, choć w perspektywie europejskiej hermetyczna, konserwatywna i mało inteligencka Platforma? Ja mam wątpliwości.

Jestem świadomym wyborcą, lecz także mam ogromny szacunek do siebie i swoich wartości. Nie jestem w stanie poniżyć się i zagłosować na kogoś, kto nie dość, że nie wyznaje moich ideałów, to jeszcze je opluwa lub przynajmniej pozwala opluwać nie robiąc nic, jak urzędujący prezydent. Wybaczcie panowie (i robocie Ogórek), ale ja podziękuję za taki wybór. A na karcie do głosowania napiszę, co o was wszystkich myślę.

Zamarzyłem sobie, że wreszcie – pierwszy raz od jakiś dziesięciu lat – kupię buty sportowe. Sportowe, czyli nie srebrne pantofle, lakierki, a nawet Vansy czy Conversy. Miało być klasycznie: Nike, Adidas czy Reebook, New Balance’y już nie odkąd połowa dresiarzy buja się w nich po Mazowieckiej.

Nie jestem fanem kupowania przez Internet – muszę wszystko dotknąć, przymierzyć, sprawdzić – zupełnie jak z chłopakami. Wybrałem się więc do świątyni mody komercyjnej, a więc Złotych Tarasów. I tu zaczęły się schody, choć nie te ruchome – swoją drogą czy naprawdę muszą być tak wąskie?

Pierwszy sklep, który zaliczyłem to był Adidas. Wszedłem tam w typowym dla mnie stroju, a więc kok na głowie (ponoć niemodny…), czerń absolutna z elementami sado maso plus złoty kajdan układający się w napis „Tokyo”. Przyzwyczaiłem się, że co większe buractwo jest zafascynowane, delikatnie pisząc, moją stylówą, ale pomyślałem, że jak idę do najbardziej obleganego centrum handlowego, a do tego do sklepu, który ma długą, międzynarodową tradycję, to zostanę obsłużony jak pozostali klienci.

Myliłem się. Po kilku sekundach konsternacji ze strony pracowników, stałem się osobą niezauważalną. Do wszystkich innych podchodzono, pytając o pomoc, rozmiar, proponując fasony, lecz mnie jakby nie było. Nikt nie odważył się powiedzieć coś homofobicznego, czy też choćby uśmiechnąć się w ten obrzydliwy sposób, który znają chyba wszystkie nieheteroseksualne osoby w Polsce, lecz dano mi do zrozumienia, że nie jestem tu mile widziany. Wyszedłem więc. Ciekawe czy smutni panowie tam pracujący zdają sobie sprawę, że Tom Daley – wyoutowany sportowiec – jest twarzą firmy, w której pracują.

Następny był Nike. Tu z kolei pan wyglądający na przeciętnego amatora piwka na trzepaku na mój widok przewrócił oczami, po czym zniknął na zapleczu. Specjalnie kręciłem się na tyle długo, by czekać na jego powrót. Niestety – albo miał problemy żołądkowe, albo zwyczajnie brzydził się mnie obsłużyć. Wyszedłem więc także. Ciekawe czy smutni panowie tam pracujący zdają sobie sprawę, że Nike od lat wspiera mniejszości seksualne, zapraszając ich do współpracy reklamowej.

Zdesperowany poszedłem dalej. Foot Locker, czyli sklep z wieloma markami. Tu (niestety) znalazłem model Nike’ów, który mi wyjątkowo odpowiadał. Oczywiście znów nikt nie był zainteresowany obsługą. Przystojny pan z wystylizowaną fryzurą i tatuażami bardziej był zajęty flirtowaniem z nastolatkami, które przyszły szukać promocji. Gdy dziewczęta wyszły, rzucił tylko na mnie spojrzeniem i wrócił do oglądania teledysków, które były wyświetlane nad kasą. Nie poddałem się.

– Przepraszam, czy mógłby pan mi pomóc? – zapytałem, lecz moje pytanie zostało zignorowane. Nie poddałem się, podszedłem boso do delikwenta i zwróciłem na siebie uwagę. Na jego twarzy malowało się przerażenie. Niewzruszony poprosiłem go o buty pół rozmiaru mniejsze. Były idealne, kupiłem wydając nieco ponad 600 złotych. To chyba sporo jak na kogoś, kto nie istnieje.


Więcej o walce o równouprawnienie i absurdów, choć także pozytywnych przykładów z polskiego (i nie tylko) podwórka znajdziecie na portalu PRIDEmag.pl, którego mam przyjemność być redaktorem prowadzącym.

To niezwykłe, że już drugi raz na łamach mojego bloga przychodzi mi bronić Michała Witkowskiego. Najpierw Michaśka obraziła wszystkich pisarzy świata swoją zabawą z modą, a teraz wszystkich prawdziwych Polaków znakiem „SS” na czapce podczas tzw. Tygodnia Mody w Łodzi. Cóż, czapka była wprost proporcjonalnie tandetna do Fashion Weeka, który z modą ma tyle wspólnego co kioski z rajstopami w podziemiach Dworca Centralnego.

A tak na poważnie – uważam, że Michaśka zrobił brzydko. Jestem bardzo wyczulony na sprawy symboli hitlerowskich i naprawdę nie trzeba mnie przekonywać, że swastyka, „SS” czy charakterystyczna gapa nie powinny znajdować miejsca w świecie mody. To nie jest fashion, to nie jest styl, to jest zwyczajny kretynizm. I, tak Michaśka, przy całym moim uwielbieniu dla ciebie, ale zrobiłaś z siebie zwykłą idiotkę.

Kolejnym błędem Witkowskiego było oświadczenie, którym w moim mniemaniu pogrążył się. „Kapelusz wraz z elementami stylizacji przygotowywał mi stylista, a otrzymałem go przed samym pokazem, tak też nie przyglądałem mu się zbyt wnikliwie. Założyłem kapelusz nie mając świadomości, że mógłby on kogoś urazić. Chciałbym nadmienić, że w momencie, kiedy zwrócono mi uwagę, że naszyte na kapelusz części tkaniny mogą zostać odczytane jako symbol SS natychmiast się go pozbyłem. Jeśli ktokolwiek poczuł się urażony jest mi z tego powodu bardzo przykro i za co jeszcze raz pragnę przeprosić” – napisał Michał najwyraźniej zapominając, że kilka dni wcześniej chwalił się w swoim stylu tym, że niebawem na ściance pojawi się w czymś, co odmieni oblicze ziemi, tej ziemi.

No i odmieniło, przynajmniej dla polskich śledczych. – Prokuratura wszczęła postępowanie sprawdzające i przez 30 dni będzie analizowała, czy doszło do popełnienia przestępstwa – powiedział Radiu ZET prokurator Marian Kopania z prokuratury okręgowej w Łodzi. I tutaj otwiera mi się scyzoryk w kieszeni. Michaśka zrobił głupstwo i rozumiem krytykę, lecz czy naprawdę w tym momencie musi wchodzić prokuratura? Gdzie była gdy neonaziści zamawiali „pięć piw” pokazując znak heil Hitler? A gdzie gdy nadredaktor katolicki Ziemkiewicz nazwał papieża „idiotą”? Dlaczego wciąż odbywają się Marsze Niepodległości, które zagrażają zdrowiu mieszkańców i co roku demolują Warszawę?

Tych pytań można zadać tysiąc, nasz święty kraj celuje w absurdalnych decyzjach prokuratorów. I dlatego właśnie trzeba stanąć po stronie Witkowskiego – nie z powodu, że jego outfit był fajny (bo był żenujący), lecz dlatego, że ekspresję artystyczną powinno się krytykować lub chwalić, bojkotować lub uwielbiać, ale nie grozić jej więzieniem. Ciekawe kiedy Polacy w końcu zrozumieją czym jest ta prawdziwa wolność. A tą mierzy się nie naszą swobodą, tylko swobodą naszych przeciwników.

Coraz mniej osób mówi mi, że jestem piękny. Coraz więcej osób zauważa moje wady. Mam coraz większe kace i upijam się coraz wolniej. Przestaję być zabawny, staję się melancholijny. Nie chce mi się chodzić do klubów i coraz więcej czasu spędzam w łóżku. Sam.

Mam coraz mniej siły na udawanie, że bawię się świetnie. Nie mam siły uczestniczyć w grze pozorów, choć wiem, że potrafię być jej mistrzem. Nie uśmiecham się już w momentach, w których uśmiechać się powinno, a śmieję się w sytuacjach, w których jest to niewskazane. Niektórzy już teraz nie zapraszają mnie, bo jestem „trudny”.

Nie chce mi się umawiać na randki, choć chcę mieć drugą połówkę. Nie mam siły na poznawanie kolejnej porcji osób, wymienianie uprzejmości i liczenie kto kiedy powinien odezwać się pierwszy. Chcę już leżeć na tapczanie, jeść chińszczyznę i nie martwić się tym czy to jest już ten moment związku, w którym można puścić bąka.

Boli mnie coraz więcej, ale przede wszystkim mówcie mi, że jestem piękny.

Faceci są beznadziejni. Najpierw umawiają się, obiecują złote góry, a potem mówią, że nie są gotowi na związek – zaczęła E. naszą wczorajszą rozmowę. I tak właśnie było: ona – dobrze uposażona, inteligentna, wolna, zabawna i całkiem ładna i on – pełen pomysłów, wysoki, szalenie bystry i zabawny. Poznali się zupełnie przypadkiem i spotykali przez kilka tygodni. Widać było, że szybko nawiązała się między nimi ta specyficzna więź, która u niektórych wytwarza się przez lata. – Czułam, że mogliśmy wszystko. Nie musieliśmy się momentami zupełnie do siebie odzywać, bo wydawało się, że wszystko o sobie wiemy – mówiła mi. Jak to zwykle jednak bywa kluczowym stwierdzeniem było właśnie „wydawało się”. Matrymonialny petent po kilku tygodniach miodowych, podczas których zaczęli już planować wypad majówkowy, zamilkł. Po kilku dniach braku odzewu odezwał się i jak gdyby nigdy nic umówił. – Wszystko było tak jak zwykle, po czym zadzwonił ponownie powiedzieć, że nie może się spotkać. Zapytał co u mnie, a potem jak gdyby nigdy nic stwierdził, że „nie czuje tego” i nie potrafi się zaangażować – tłumaczyła E.

Nie potrafi się zaangażować, nie potrafi się zaangażować, nie potrafi się zaangażować… To po cholerę zaczepiał, obiecywał, przytulał, zawracał głowę, wzruszał, patrzył głęboko w oczy, zapraszał do siebie i kupował bilety na koncerty?! – Co gorsza, to nie koniec – kontynuowała E. odpalając kolejnego papierosa. – Zaproponował mi przyjaźń. „Bardzo cię lubię i nie chciałbym tego tracić”, powiedział – wycedziła wyraźnie zdenerwowana.

Zaczęliśmy planować zemstę. W grę wchodziło podrzucenie fekaliów na klatkę, obcięcie przyrodzenia, a nawet – i to była ostateczność – zablokowanie na Facebooku. E. wpadła jednak na lepszy pomysł. Poszła w miejsce, gdzie zawsze można było go spotkać, i – ubrana jak milion dolarów – zapytała go: na czym ci najbardziej zależy?

On odpowiedzieć na to pytanie nie potrafił. Zamurowało go i chyba to było największą satysfakcją dla E. A na czym Tobie najbardziej zależy?

Kiedyś miałem chłopaka, który starał się mnie namówić bym zaczął modulować głos – na niższy, bardziej męski – jak to ujmował. Byłem bardzo młody i szaleńczo zakochany, więc przystałem na jego propozycję. Wytrzymałem kilka dni, a była to prawdziwa męczarnia – ciągłe poprawianie się, zwracanie uwagi na każde wypowiedziane słowo. W końcu zdałem sobie sprawę, że to nie ma sensu. Nie jestem w stanie zadowolić wszystkich i udawać kogoś, kim nie jestem – nawet jeśli to był ten jeden jedyny.

Wiem, że P. nie chciał źle, że obaj byliśmy szczylami, a każdy z nas miał po prostu inne wyobrażenie o tej idealnej miłości, do której dążyliśmy. Mimo to poczułem się źle. Poczułem, że ten mój modulowany głos miał być metaforycznym wydłużeniem jego ego. Pięknie się razem prezentowaliśmy, a gdybym miał jeszcze głos, jaki P. sobie wymarzył, i który w jego mniemaniu był męski, to pewnie lepiej by się czuł w moim towarzystwie – tak zapewne wtedy myślał.

Kilka lat później druga z moich największych miłości starała się zmienić mój styl ubierania się. P. (znowu P.!) utrzymywał, że nie wypada bym ciągle chodził w obcisłych rurkach, trampkach i t-shirtach. Mówił, że muszę wyjść z roli chłopaka i stać się mężczyzną – w jego mniemaniu miał to uczynić właśnie strój. Na ile kto okazał się w tej relacji prawdziwym mężczyzną przekonałem się podczas naszego nagłego rozstania. I okazuje się, że nie miało tu znaczenia ile kto miał lat, pieniędzy na koncie czy jaką średnicę nogawki.

Teraz już wiem, że kompromis jest ważny, ale nie najważniejszy. Bycie z kimś innym nie może sprowadzać się do bycia kimś innym. Nie wstydzę się tego, że uwielbiam „Na Wspólnej”, oglądać kotki w internecie, a w domu mam pokaźną kolekcję maskotek. Znam na pamięć głupie piosenki, a na mojej playliście są wszystkie płyty Madonny. Lata randkowania i różnych mniej lub bardziej udanych związków nie zmieniły tego. Bo prawda jest taka, że chłopaki przychodzą i odchodzą, ale nasze guilty pleasure są z nami zawsze. I nie ma się co przed nimi bronić ani tym bardziej starać się być przedłużeniem czyjegoś penisa, bo wtedy może się okazać, że nie jesteśmy już niczym innym.

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 997 obserwujących.