Takie prezenty to ja lubię dostawać! Ostatnio Ewa Mos, niezwykle utalentowana ilustratorka z Kopenhagi (z londyńskimi korzeniami), sprawiła mi niespodziankę i przesłała grafikę. Ja jestem zachwycony, wyglądam tak szczupło jak siedemdziesiąt hamburgerów temu!

10656399_766389870086212_557323344_n 10637835_766389836752882_728149109_n 10660456_766389863419546_1547307716_n10682007_766696640055535_680294644_n

Cztery lata, jak to śpiewała Iwona Węgrowska. Dokładnie tyle czasu nie było mnie w Krakowie. Mój pobyt w mieście królów był bardzo głośny, a i odejście było efektowne. Bałem się wspomnień i silnych emocji, które nieustannie przez długi czas wiązały się z tym miastem. Wróciłem tam dopiero gdy moje życie ustatkowało się na dobre, a ja porzuciłem ckliwy sentymentalizm na rzecz praktyczniejszego wszystkojednoizmu. A teraz w skrócie przeżyjmy mój wyjazd jeszcze raz.

unnamed-1

Do takiej puszki to nawet jak wrzucam tipa.

unnamed

Lokale

Kazimierz wciąż zachwyca. Pamietam, że mieszkając w jego sercu udawało mi się czasami przez kilka tygodni zupełnie nie opuszczać tej dzielnicy. Teraz pojawiło się kilka nowych knajp, kilka starych (w tym Miejsce) wciąż zachwyca. Całe szczęście, że zapiekanki na placu Nowym wciąż są tak samo obrzydliwie dobre. Z moich nowych odkryć polecam Esze, lokal w którym można palić w środku (rano wszystko śmierdzi, ale w dzisiejszych czasach dymek przy piwie zakrawa już o rebelię) oraz Moment. Pierwsze miejsce jest typowo nocne i typowo krakowskie, lecz urzeka swoją bezpretensjonalnością. Moment zaś idealnie nadaje się na lunche i obiady. Miła obsługa, smaczne pozycje w menu i ciekawy wystrój. Zdecydowanie polecam, chyba nigdzie nie jadłem tak smacznego kremu z buraków.

unnamed-23

Kraków ma własny Księżyc, pozazdrościć.

unnamed-3

Ja naprawdę wolę Królewskie od Endziora…

Po drugiej stronie Wisły przypadła mi do gustu Plaża Kraków. Żadna to nowość, a dowiedziałem się także, że lokal już niemodny, lecz spaghetti carbonara naprawdę dawało radę. Tylko niech coś zrobią z leniwą i powolną obsługą, która swoim brakiem zainteresowania gośćmi przypomina już prawie warszawską Charlotte… Wielką porażką zaś okazało się Forum Przestrzenie. Agresywna hipsterska wylewająca się zewsząd, napuszone panienki i skacowani panowie ze zbyt długimi brodami załamali mnie. Wszyscy błąkali się bez celu i zachowywali jakby spacerowali po wybiegu. Cóż, w pewnym sensie był to wybieg – ludzkiej próżności.

unnamed-17

Hotel Forum. Bryła piękna, a to co się dzieje wokół budynku przerażające.

Wystawa Kubricka

Moim wielkim kłopotem jest, że uwielbiam chodzić do muzeów i galerii, lecz te zwykle przyprawiają mnie o ból głowy. Tandetna sztuka kochanki dyrektora, panie muzealniane szukające wyraźnie zaczepki, brak jakiejkolwiek spójności oraz pomysłu na zaprezentowanie sztuki… Długo można wymieniać. Tym bardziej zachwyciła mnie wystawa poświęcona filmom Stanleya Kubricka w krakowskim Muzeum Narodowym. Zdaję sobie sprawę, że nie jest ona ani najnowsza, ani pełna technologicznych bajerów, które przyciagnęłyby dzieciaki urodzone już po śmierci tego mistrza kina. Mimo tego spójność, świetny pomysł, a przede wszystkim same obiekty – kultowe i wbijające się w pamięć – sprawiły, że spokojnie mogę zaliczyć tę wystawę do jednej z najlepszych ostatnich lat. Zaraz zamykają, także kto nie widział niech pędzi do miasta Kraka!

unnamed-24

Ja też wystąpiłem u Kubricka jakby ktoś nie wiedział.

unnamed-13

Może i jestem wieśniakiem, ale widząc z bliska Złotego Lwa i Oscara czułem się wzruszony.

unnamed-22 unnamed-9 unnamed-21 unnamed-20 unnamed-10 unnamed-8 unnamed-7 unnamed-11 unnamed-6 unnamed-5 unnamed-4

Premiera teledysku „Nie chcę cię” zespołu Krem

Zupełnym przypadkiem w weekend, w którym postanowiłem wybrać się do Krakowa, postanowiła pojawić się rownież Wiki z Kremu i zaprezentować światu swój nowy teledysk. Zamknięte przyjęcie odbyło się w galerii sztuki Olympia na Podgórzu. Właścicielka zwana rownież kierowniczką okazała się przemiłą kobietą, podobnie jak sprowadzeni przez nią goście. Po prezentacji klipu Wiki i Jasiek zagrali koncert – jak zwykle świetny. Jestem dumny, że moją najlepszą przyjaciółką jest osoba tak uzdolniona, wrażliwa artystycznie i szybko rozwijająca się. A jak sam teledysk? Obejrzyjcie sami.

unnamed-15 unnamed-16

Podsumowując – nie taki ten Kraków straszny jak go malują. Moje emocje opadły, rany się zabliźniły i chyba znów mogę włączyć to miasto do listy miejsc odwiedzanych. Zabawne, jak jakieś stare zaszłości potrafią na wiele lat zniechęcić nie tyle do konkretnego miejsca, ale do całego miasta. Teraz jednak już jest spokój. I dobrze, bo to pożegnanie lata było naprawdę przyjemne!

unnamed-19

Piękne trofeum w Galerii Olympia.

unnamed-12 unnamed-14

Tobiasz Kujawa – dziennikarz, stylista, recenzent, bywalec. Jego blog Freestyle Voguing budzi duże emocje, a on nie patyczkuje się z celebrytkami, modowymi gwiazdkami i hipokryzją, która panuje w tym światku. Nie boi się mocnych słów i nie mniej mocnych osądów. Uwielbiany i nienawidzony, ceniony i wyszydzany – cały Kujawa!

Foto: Marcin Kossakowski

Foto: Marcin Kossakowski

Patryk Chilewicz: Wiele osób zarzuca ci brak skromności i pokory. Zgadzasz się z nimi?

Tobiasz Kujawa: Jeśli największym zarzutem, który można wobec mnie wystosować, jest brak pokory i skromności, to myślę, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Prawda jest taka, że moda i skromność nigdy nie szły w parze. To nie jest dobry mariaż, bo skromne i ciche myszki giną w zalewie informacji, wiadomości i setek stron poświęconych modzie. Gdy ktoś ma przekonanie, że posiada informacje, wnioski i opinie, które warto przekazać innych, nie może być „pokorny”. A przynajmniej nie w tym znaczeniu, które siedzi w głowach ludzi wymyślających taki zarzut. Dla nich skromność i pokora oznaczają: siedź cicho, nie wychylaj się, nie wymagaj, ani od innych ani od siebie. A to najlepsza droga do stagnacji, a nawet regresu. Ja wierzę, że to co mam do przekazania innym ludziom odnośnie mody i wizerunku posiada wartość i jest unikalne. I chociażby z tego powodu muszę być pewnym siebie, co niektórzy biorą za brak skromności. Oczywiście, nie zawsze jest to łatwe. Nadal, po kilku latach blogowania, publikacja każdego artykułu, felietonu czy recenzji wiąże się ze stresem. To jest bardzo charakterystyczne uczucie, trochę motyle w brzuchu, a trochę logiczny strach przed popełnieniem błędu. Pamiętaj proszę, że każdy mój tekst podpisuję własnym nazwiskiem, ręczę za niego i ja ponoszę wszelkie konsekwencje. Czytelnikowi łatwo wejść do Internetu i rzucić hasło: „ale ty jesteś zarozumiały bufon”. Owszem, może i jestem. Ale należy mieć na uwadze, że to mój blog, moje Social Media, moje królestwo. To ja ponoszę trudy (chociaż sprawia mi to niewypowiedzianą radość) codziennego utrzymywania i nakręcania społeczności. Odpowiadania na setki maili, wiadomości, komentarzy. I nie ma, że święto, niedziela czy wakacje (zresztą, nie pamiętam kiedy byłem ostatnio na wakacjach). Blogowanie polega na nieustannym zaskakiwaniu czytelnika i wymaga ogromnego nakładu pracy. A w tym wszystkim mam jeszcze zewnętrzne zlecenia, konsultacje. Jeśli komuś się wydaje, że może sobie ot tak rzucić hasło, że jestem nieskromny, to niech jednocześnie pamięta, że ma możliwość napisania podobnych słów tylko dlatego, że właśnie nie byłem pokorny (a raczej byłem tak długo, jak było to potrzebne) Wiem w czym jestem dobry i to jest ogromny komfort, którego życzę każdemu. Oczywiście – ciągle szlifuję warsztat, czytam nieustannie, staram się codziennie poszerzać moją wiedzę, żeby być jeszcze lepszym w dziedzinie, która stała się moją pracą. To jest proces, który nie ma końca. Ale z drugiej strony wiem również, że nie ma strony podobnej do Freestyle Voguing i to jest mój ogromny atut. Ta wyjątkowość bierze się również z mojego charakteru, więc jeśli ktoś chce czytać moje publikacje (a nie ma takiego przykazu) to niestety nie ma wyjścia i musi mnie wziąć z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Pamiętam, że kiedyś odczuwałem bardzo silną presję – oglądam pokaz, wracam od razu do domu i całą noc piszę, tak żeby następnego dnia tekst na blogu był już gotowy. W tym momencie mój komfort się zwiększył. Ponieważ konkurencja jest niemal zerowa (na pewno nie są nią polskie portale, których poziom zarówno merytoryczny, jak i stylistyczny jest żenujący), mogę sobie teraz pozwolić na lekkie opóźnienie – i tak wiem, że osoby zainteresowane tematem będą czekać na moją opinię. Oczywiście nie zwalnia mnie to z obowiązku płynności, ale tak jak mówiłem wcześniej – jest to spory komfort.

Lubię też rywalizację, a pokora w rywalizacji bywa zgubna. Czasami lepiej zaszarżować i ponieść konsekwencje tej szarży, niż pluć sobie w brodę z powodu „jakichś” ograniczeń, które „ktoś” sobie wymyślił. Nie zmienia to jednak faktu, że większość moich opinii (głównie tych istotnych, nie humorystycznych) jest głęboko przemyślana, bierze się z konkretnego kontekstu i nieustannego zdobywania nowych doświadczeń. Potrafię też przeprosić, jeśli się pomyliłem. Nie przypominam sobie konkretnej sytuacji, ale jestem przekonany, że kilka razy się to zdarzyło.

A tak poza tym, jeśli chodzi o codzienne sytuacje, generalnie o życie, to jestem dość skromną osobą. Nie jestem zbyt towarzyski, żeby poczuć się pewnie wśród innych ludzi muszę ich dobrze znać. Owszem, lubię być w centrum uwagi, uwielbiam opowiadać, żartować, ale muszę mieć do tego komfortowe warunki.

Czy zgadzam się z zarzutami? I tak i nie. Z jednej strony rozumiem, że ludzie nie są przyzwyczajeni do radykalnych i uargumentowanych opinii dotyczących mody. Nie wykształciliśmy jeszcze odpowiedniego języka ani metod, żeby o niej pisać i dyskutować, czego jestem świadkiem codziennie, głównie dzięki Social Media. Widzę, że czytelnicy często mają problem z czytaniem ze zrozumieniem, z tworzeniem sensownych wypowiedzi, z komunikacją swoich myśli. Nie znają zasad, nie znają kontekstu, nie mają świadomości pewnych mechanizmów, ani nie wiedzą gdzie leży granica w przedstawianiu swoich „opinii”. Jeśli widzę, że ktoś sobie pozwala na zbyt dużo? Tak, upomnę go, bo w moim świecie, niezależnie od jego wielkości, będą funkcjonować zawsze moje reguły. Jeśli to ma być brak skromności, to cóż. Tak, najwyraźniej jestem bardzo nieskromną osobą.

Słowo jest moim orężem. Wychodzę z założenia, że opisywanie zjawisk daje im dodatkową podstawę do funkcjonowania w otaczającym nas świecie. Wnikliwość i bezkompromisowość są moim hołdem i wyrazem szacunku do dziedziny, którą się zajmuję. I zawsze, ale to zawsze podpowiadam – jeśli komuś nie podobają się moje metody, niech za pomocą swoich (w domyśle „lepszych”) spróbuje wejść na mój poziom, założyć bloga, zyskać czytelników. Wtedy – droga wolna, możemy polemizować na teksty w nieskończoność.

Agnieszka Szulim to dziennikarka i prezenterka. Szacunek zyskała w momencie, gdy podczas prowadzenia jednej ze śniadaniówek została zdemaskowana jako ta, która lubi zapalić marihuanę. Później potwierdziła swój status współtworząc „Na językach” w stacji TVN. Kolejny, czwarty już sezon programu, rusza w najbliższą niedzielę.

10559789_10203289617214621_202287808249995989_n

Patryk Chilewicz: Dobrze wiesz, że popularność jest ulotna. Jaki masz plan na siebie gdy i na ciebie – czego prywatnie nie życzę – przyjdzie pora?

Agnieszka Szulim: Zostanę hipiską, zamieszkam w starym domu na Mazurach i będę miała tyle psów, kotów, kur, kóz i koni, ile tylko zdołam pomieścić! Będę chodzić boso po łakach, słuchać muzyki, czytać książki i piec chleb. Nie, nie żartuję. Wszystko ma swoje dobre strony!

Wyobraź sobie, że jesteś niewidomy. Zadanie karkołomne, prawda? A teraz wyobraź sobie, że jesteś niewidomym i raczej nielubianym nastolatkiem, który właśnie odkrywa swoją nieheteronormatywną seksualność. Tu zaczynają się schody i tu zaczyna się film „W jego oczach”.

Leonardo jest zwyczajnym chłopakiem mieszkającym w jednym z miasteczek w Brazylii. Nie wyróżnia się ani wyglądem, ani zachowaniem. Na pierwszy rzut oka nikt nie dostrzegłby go na ulicy. Problem w tym, że to on nie może niczego dostrzec – od urodzenia jest niewidomy. Nie miał szans oglądać z rówieśnikami MTV ani bywać na koncertach Lady Gagi. Odizolowany od przeciętnego dorastania odnalazł swój świat w muzyce klasycznej. Tam nie potrzebował układów choreograficznych czy obrazków – te same pojawiały się w jego głowie. Leonardo ma bratnią duszę Giovanę, która rozumie go, akceptuje i wspiera. Prowadzi też przez życie, bo przyjaciele chcą razem iść na studia i spędzają ze sobą każdą wolną chwilę. Do czasu.

TheWay0005 TheWay0011 TheWay0030

Pewnego dnia w klasie pojawia się nowy uczeń – Gabriel. Przystojny Latynos z burzą loków szybko wpada w oko żeńskiej części szkoły. Zaczyna się rywalizacja, w której bierze udział też Giovana. Problemy nastolatków są podobne jak te opisywane w „Glee” czy „High School Musical”, jednak podane w tak wysmakowany sposób, na który mógłby się pokusić jeszcze chyba tylko Xavier Dolan. Nie bez przypadku wymieniam właśnie tego reżysera, bo „W jego oczach” ma podobny klimat jak filmy Kanadyjczyka. Z tym względem, że ten obraz nie ma aspiracji do bycia głosem pokolenia. To po prostu pięknie zrealizowana historia o nastoletniej miłości, zawodach, niepewnościach i rozterkach. Historia tym piękna, że homoseksualizm głównych bohaterów jest przedstawiony jako coś zwyczajnego. Nie ma tutaj dramaturgii rodem z produkcji TVN czy morza łez i sensacji. Gej jest gejem. Może to być zaskoczeniem dla najbliższych, lecz wciąż pozostaje przecież tym samym przyjacielem, synem, kolegą. Nie ma w tym nic niesamowitego i interesującego. Dla obcych powinna to być „tylko” orientacja – jedna z wielu, a dla Leonarda i Gabriela to „aż” miłość. A dla wszystkich po prostu czyste piękno, bo to właśnie ono wyłania się z tego filmu. I nie bójcie się łez, w finałowej scenie ja też płakałem!

TheWay0104 TheWay0072 TheWay0064

zdjęcie 4 (1)

Zacznijmy od początku, a początki były nad wyraz ciężkie. Wstawanie o 4:00 nad ranem powinno być zabronione. Uczucie, gdy budzisz się mimo że poszedłeś spać trzy godziny wcześniej jest gorsze nawet od tego momentu, w którym taksówkarz zmusza cię do słuchania Dody. Bardzo próbowałem zrobić sobie wtedy jakieś w miarę atrakcyjne selfie, ale ręka trzęsła mi się jak po imprezie z Andrzejem Chyrą. Także fotorelacji ze wstawania brak.

Najgorsze jest to, że zawsze człowiek łapie się na tym, że skoro wyjedzie skoro świt, to będzie miał jeszcze cały dzień do przeżycia. Jeśli nie jest się narkomanem to naprawdę trudno pozbierać się po kilku godzinach snu i kilku godzinach podróży. To wcale nie jest fajne. Także we wtorek byłem w Trójmieście koło 11:00, lecz czułem się jakbym był jedenastą godzinę na afterze.

Mimo to udało mi się znaleźć świetne miejsce obiadowo-lunchowe. Gdyński lokal Chwila Moment ma ceny trochę wyższe niż standardowe knajpy, lecz nadrabia smakiem oraz muskularnymi, przystojnymi kelnerami. Można się zakochać – i piszę tutaj oczywiście o dobrym winie i świeżych rybach!

zdjęcie 5

Zadowolony Maciek na relaksie.

zdjęcie 4

Po posiłku w Momencie. Najedzeni i szczęśliwi.

Z Trójmiejskich miast każde oferuje co innego: Sopot standardowe uciechy deptakowe, Gdańsk bogatą historię i zaplecze kulturalne, a Gdynia najładniejszą (według mnie) architekturę. Oraz port z prawdziwego zdarzenia, a nie te plastikowe stateczki z molo.

zdjęcie 3 (2) zdjęcie 2 (2)

Wieczorem oczywiście koncert. Sprzedało się 42 tysiące biletów, a PGE Arena naprawdę robi wrażenie: jest wielka, ładna (żebyś ty tak wyglądał, Stadionie Narodowy…) i świetnie zorganizowana. I to właściwie tyle z pozytywów, jakie mogę napisać o tym wieczorze.

O tym, że będą piski, wrzaski, omdlenia i majtki przez głowę wiedziałem – występował w końcu nie tylko dobry muzyk, ale też przystojny facet i idol, na którym wychowuje się kolejne pokolenie. Bardzo nie lubię wrzasków, lecz przygotowałem się na nie. Taki mamy klimat. Nie wiedziałem jednak, że to co zobaczę będzie najmierniejszej jakości, o jakiej nawet nie myślałem.

zdjęcie 5 (1)

Zacznijmy od największej bolączki polskich koncertów – nagłośnienia. Na stadionie wielkości prawie 37 tysięcy metrów kwadratowych ustawione były cztery (powtarzam: cztery) duże, festiwalowe głośniki. Słyszalność tego, co śpiewa Timberlake ograniczała się więc do strefy golden circle. A co z całą resztą? Mój bilet nie należał do najtańszych, a w sferze dźwięków dostałem rozstrojone radio i gdyby nie to, że Justin grał przede wszystkim świetnie znane hity, to nie rozpoznałbym żadnego podkładu. Bo o usłyszeniu jego głosu w połowie występu już przestałem marzyć.

zdjęcie 3

Kolejna sprawa to aranżacja samego występu. JT występował w Gdańsku w ramach swojej regularnej trasy, więc nie wiedzieć czemu zabrakło takiej samej scenografii, jaką mogli zobaczyć jego fani na innych koncertach. Mówię tutaj przede wszystkim o „miodowym” wystroju, który był tak komplementowany podczas innych występów i robił niezwykłe wrażenie w Londynie czy Nowym Jorku. A u nas? Wszystko na biednie, kilku tancerzy robiących co mogą, w środku Justin, a dookoła długo, długo nic. Trochę nie fair, bo ceny za bilety były praktycznie takie same jak na Zachodzie.

zdjęcie 2

Ale były też miłe elementy koncertu. Szkoda, że dopiero gdy zszedłem z trybuny. W drodze do łazienki (rozcieńczone wodą piwo zrobiło swoje) zaczepił mnie młody chłopak.

– ohpatryk? – zapytał.
– Zgadza się.
– Nie spodziewałem się ciebie tu spotkać. Ale fajnie. Gratuluję super bloga i trzymam kciuki za ciebie – powiedział rozemocjonowany nieznajomy.
I to było miłe. Przez chwilę sam poczułem się jak gwiazda wieczoru. Fajnie czasami dostać jakiś miły znak od przyjaznych osób. Zwłaszcza przy morzu hejtu, który rozlewa się na co dzień.

Środa upłynęła leniwie. Dzięki temu, że we wtorek zrezygnowaliśmy z afterparty, mogliśmy rozkoszować się całym dniem na słońcu dworzu. Jak prawdziwi turyści najpierw zjedliśmy hotelowe śniadanie (o co chodzi z tą nazwą „kontynentalne”, które sprowadza się do parówek, szynki z Fresh’a i serków topionych?!), by szybko ruszyć na miasto. Na miasto, czyli na Sopot. Zaliczyliśmy obowiązkowe molo, gdzie poznaliśmy wspaniałe mewy. Ja się zakochałem. Nie dość, że są piękne, to jeszcze tak uroczo niezdarne. Po krótkiej wymianie zdań doszedłem do wniosku, że również bardzo kulturalne i obyte. Gdzie one nie były…

zdjęcie 4 (2) zdjęcie 2 (1)

zdjęcie 3 (1)

Gender w Sopocie!

Z wycieczki przywieźliśmy konieczne suweniry. W tym roku obowiązującą modą są maski celebrytów, polityków i zwierzątek. A więc kupiliśmy i my: ja oczywiście kotka, Ola królową Elżbietę, a Maciek Johnnego Deppa. I tak w tych maskach wracaliśmy do Warszawy. Zabawne, że za każdym razem jak wysiadam na Centralnym i biorę głęboki wziew miksu zapachów sików, kebaba oraz metalicznego brudu to wiem, że w końcu jestem w domu.

zdjęcie 5 (2)

Królowa wraca Słonecznym do Warszawy.

zdjęcie

A na koniec moja obowiązująca w Trójmieście stylówa:

zdjęcie 1 (2)

 

Zabawne, że gdy jestem w tym paranoidalnym stanie, mam przesyt informacji i dzieje się zdecydowanie za dużo zawsze przypominam sobie wierz Jonasza Kofty „Jestem zmęczony”, który deklamowałem lata temu przy okazji któregoś z konkursów recytatorskich. Niby nic nie wygrałem, ale z perspektywy czasu zauważam, że miałem wtedy jeden, bardzo deficytowy dziś składnik dobrego samopoczucia: spokój.

Foto: lenivastudio.com

Foto: lenivastudio.com

Dekadę później spokoju już brak. Wiem, że tamto było pozorne i wynikało wyłącznie z mojej niewiedzy i brak świadomości na czym polega ten „cud” zwany życiem, lecz, cholera, jak ja bym bardzo chciał dzisiaj nic nie wiedzieć: skąd wziąć pieniądze, do jakiego iść specjalisty, jak zbudować imponującego bicepsa, na ile znaków napisać tekst, który zespół jest modny w tym miesiącu, o czym myśli mój chłopak, dlaczego inni mają tak łatwo, a ja tak trudno i dlaczego wciąż nie nauczyłem się oszczędzać pieniędzy. Po co muszę wiedzieć kto jest ministrem skarbu, czy Putin a żonę, ile dzieci ma Maciej Dowbor, dlaczego tyle piję i kiedy w końcu pojadę na wakacje?

Najgorsze jest to, że z czasem dowiaduję się coraz więcej informacji, które zupełnie nie są przydatne. Wcale nie zazdroszczę najinteligentniejszym ludziom świata i cieszę się, że los dał mi niewiele ponad przeciętną ilość szarych komórek. Skoro teraz już mam z nimi problem, to mogę tylko domyślać się co byłoby gdyby było ich więcej. Szkoda, że życia nie można zresetować tak, jak to dziś zrobiłem z moim iPhonem. Pięć minut i jesteś nowym człowiekiem. Dane zaczynasz gromadzić od nowa i jest szansa, że zanim staniesz się świadomą istotą, to przez ten ułamek chwili będziesz w pełni szczęścia.

Myślałem o tym, jak zwykle myślałem za dużo, aż w końcu usłyszałem klakson i poczułem czyjąś rękę łapiącą mnie za koszulkę. To Czarny Roman, który powstrzymał mnie przed wejściem pod koła jakiegoś obrzydliwego Daewoo. A w jego oczach widziałem współczucie.

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 857 obserwujących.