Pytanie od potencjalnej drugiej połówki: Czy uprawiasz bezpieczny seks?

Zła odpowiedź: Jak większość osób na świecie lubię seks bez zabezpieczeń. Daje poczucie większej intymności, której w świecie polegającym na wiecznej wiwisekcji naszego życia intymnego bardzo nam brakuje. Chciałbym zaufać komuś na tyle i czuć się z kimś tak bezpiecznie, by świadomie zacząć uprawiać seks bez zabezpieczeń. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że nikt dziś nikomu nie ufa, więc to rodzi kolejny konflikt tragiczny, a ja niczym Antygona stoję przed każdym jednym kondomem zastanawiając się czy skorzystać czy nie.

Dobra odpowiedź: Oczywiście, tylko w gumkach.

Pytanie od potencjalnej drugiej połówki: Dlaczego ubierasz się tylko na czarno?

Zła odpowiedź: Ponieważ od lat leczę się z depresji. Codziennie mam stany lękowe, które zabijam lekami, bojąc się jednocześnie dokończyć psychoterapię. Nienawidzę ludzi i chciałbym, żeby ludzkość wyginęła w jednej sekundzie. Czerń pozwala mi wtopić się w tłum, zniknąć choć na chwilę, o czym tak naprawdę cały czas marzę. Czerń daje poczucie bezpieczeństwa, trochę więcej siły do mierzenia się z kolejnym dniem tego marnego życia.

Dobra odpowiedź: To po prostu mój ulubiony kolor.

Pewnie mało osób w to uwierzy, ale kiedyś naprawdę interesowałem się sportem – dużo pływałem (temu zawdzięczam w miarę rozbudowaną klatę), a przez kilka lat ćwiczyłem jujitsu. Jako że jestem stworzeniem bardzo niecierpliwym, to szybko znudziłem się sztukami walki, ale wyniosłem stamtąd jedną ważną rzecz – gardę.

Pozycję obronną z maty szybko przeniosłem do życia codziennego. Nauczyłem się gryźć w język – a kto mnie zna wie, jaką potrafię mieć niewyparzoną gębę. Zrozumiałem też, że nie ma co wychylać się z inteligencją czy tematami, które rzeczywiście mnie interesują, jak umieranie, uzależnienie duszy czy sens miłości. Zacząłem interesować się popkulturą, dzięki czemu ból istnienia trochę minął i został zastąpiony perypetiami rodziny Kardashianów. Stałem się w tym na tyle perfekcyjny, że zacząłem tym zarabiać na życie.

Gardę trzymam też w relacjach osobistych. Nie pozwalam się zbliżyć za blisko nie chcąc zostać zranionym. Już raz to zrobiłem i zraniłem się bardzo. Tak, sam siebie, nikt mi celowo krzywdy nie zrobił. Cóż, może ten typ tak ma, może po prostu nie mogę dawać całego siebie, bo wszystko się w końcu kończy, a jak dam całego siebie to nic ze mnie zostanie dla mnie?

Pozycję obronną stosuję zarówno wśród nowych znajomości, jak i starych przyjaźni. Na pierwszy rzut oka można mnie brać za zgorzkniałego cynika, który marzy o szybkim końcu naszego gatunku lub co najmniej o tym, by konstytucyjnie ucinano każdemu język przy porodzie. Jak jest naprawdę? O tym przekonało się dotychczas tak mało osób, że zliczę ich na rękach jednej dłoni.

To nie jest tak, że kłamię czy udaję kogoś innego. Garda jest nieodłączną częścią mnie, filarem mojej codzienności. Niektórzy być może uznają to za smutne, lecz wierzcie mi – będąc w pozycji obronnej sprawiamy, że życie mniej boli. A że potrafi boleć cholernie chyba nikomu nie muszę tłumaczyć.

Mamy po dwadzieścia kilka lat i nie wiemy czego chcemy od życia.

Jesteśmy trochę artystami, bo tego wymaga internetowa kreacja, a trochę liczymy się z każdym groszem, bo tego nauczył nas system.

Z jednej strony chcielibyśmy miłości, jakie oglądamy w filmach romantycznych, a z drugiej skurwienia, jakie przeżywamy w młodzieżowych serialach.

Trochę mamy ochotę być glamour, a trochę trashy.

Lubimy bawić się jak nastolatki, lecz później przeżywać życie jak przysłowiowe stare baby.

Uważamy się za inteligentnych, lecz równocześnie za niezwykle głupich.

Nie wiemy co będzie za dziesięć lat, choć uwielbiamy o tym rozmyślać.

Jesteśmy pazerni na sukces i sławę, a jednocześnie wycofani i skromni.

Z jednej strony empatyczni, a z drugiej zupełnie nie przejmujący się losem innych.

Uwielbiamy się upić, lecz także afiszować z życiem w trzeźwości.

Jesteśmy anty narkotykowi, chyba że ktoś coś posypie na imprezie.

Gardzimy puszczalskimi, ale czasami i nam puszczają emocje.

Nie zakochujemy się z wyboru, by potem rozpaczać po cichu w samotności.

Mamy mnóstwo znajomych, ale bardzo niewielu przyjaciół.

Gubimy się w postnowoczesności, pasjonuje nas ona i przeraża równocześnie.

Jesteśmy banalni, próżni i miałcy, a jednocześnie barwni, fascynujący i atrakcyjni.

Wszyscy jesteśmy mamą Kisio.

Żyjemy w czasach postmiłości. Wzorce, które wynieśliśmy z domu nijak się mają do wielkomiejskiej rzeczywistości pełnej pokus, używek, zdrad, flirtów i kłamstw. Są w niej oczywiście uczucia, lecz uległy one sporej transformacji. Związki naszych rodziców były (po części) stabilne i monogamiczne, lecz nam pozostały jedynie skrawki z tamtego świata.

Czy to złe? Nie wiem, po prostu inne. Oczywiście zakochani oraz ci w pierwszej, tzw. „szczęśliwej” fazie związku, z pewnością będą się krygować, że to nieprawda, że da się stworzyć stabilną i wiarygodną relację opartą na tym wszystkim, czym zachwycają się bohaterowie „M jak Miłość”. Lecz nawet w tej konserwatywnej telenoweli widać, że stałość związków jest sprawą względną.

Po chwili zachłyśnięcia się sobą, które trwa zwykle do trzech miesięcy, zaczynamy zauważać dookoła innych i inne. – Trawa w innym ogródku wcale nie jest bardziej zielona – powtarza mi od lat moja przyjaciółka. Czy aby na pewno? Tyle możliwości, tyle propozycji… Potem następuje wewnętrzna rozterka co jest zdradą, a co nie. Czy pocałunek po pijaku już tak, a może spanie (po prostu spanie) w jednym łóżku? Łapanie się za ręce? A może cyberseks? To już każdy rozstrzyga indywidualnie. A z doświadczenia wiem, że te decyzje są płynne i zależne od tego, jak obecnie układają się sprawy z partnerem / partnerką.

Jeden chłopak, nazwijmy go W., przez kilka ostatnich miesięcy związku z J. zalecał się do niego namiętnie. Łasił, wysyłał zdjęcia swojej bielizny (!), a kiedyś nawet w pijackim szale rzucił się i zaczął namiętnie całować. J. trochę się opierał, trochę nie, lecz gdy już wrócił do stanu single na Facebooku (wszyscy wracamy), odezwał się do W., a ten nie pozostawił mu złudzeń. „Podobałeś mi się wtedy, kiedy byłeś niedostępny” – napisał w jednym z ostatnich smsach. Czar prysł, związek prysł i potencjalny orgazm z nowym chłopakiem także.

Nic dziwnego, że otwarta furtka jest coraz częstszym rozwiązaniem. Otwarte związki – w to jakoś do końca nie wierzę, zwłaszcza gdy poza relacją są jeszcze inne wspólne elementy w postaci mieszkania, konta, firmy czy innych spraw do podziału. Inaczej otwarta relacja ze stałym… no właśnie – kochankiem, przyjacielem, partnerem? To bardzo płynne, a przez to niebezpieczne. Choć według wielu o wiele wygodniejsze niż mienie siebie na wyłączność. I tu ważna jest dyskrecja – by inni nie wykryli relacji (bo po co), by nawzajem nie zaglądać sobie do telefonów (bo mogą być inni, a wystarczy nam już nerwów). Czasami po prostu dobrze spędzić z kimś romantyczny wieczór, porozmawiać, poprzytulać, mieć dobry seks i miłe śniadanie w łóżku. Bez pytań „co dalej”, bez planów na przyszłość, bez poznawania rodziców i wprowadzania się do siebie. Z bagaży podręcznych wybieram zapasową bieliznę i szczoteczkę niż falę rozczarowań, pretensji i awantur. Jakoś tak lżej się żyje. A życie i bez tego jest już wystarczająco skomplikowane.

W 2014 podsumowanie roku umknęło mi pomiędzy zrywaniem z chłopakiem, pakowaniem się i układaniem wszystkiego na nowo w głowie, więc zamiast tego postanowiłem podsumować pierwszy tydzień nowego roku. Niby mało, a jednak niewiarygodnie dużo się wydarzyło.

Kilka godzin po północy nadszedł pierwszy dramat, a więc zwichnięcie kostki, gdy wracając piechotą z domówki do Domu Tymczasowego (cholerne taksówki oczywiście odmówiły współpracy) wywróciłem się chyba więcej razy niż Chrystus podczas drogi krzyżowej. Ledwo doczołgałem się do materaca i obudziłem z lewą piętą wielkości małej Grycanki. I gdy już myślałem, że jedynym plusem jest to, że przez najbliższy tydzień co dzień będę wstawał prawą nogą, wydarzyło się kilka innych rzeczy.

Przede wszystkim – atencja. Będąc w długim związku już trochę wypłowiała, a tu nagle okazuje się, że jest wielu chętnych dzielić ze mną łoże czy obiad. Miłe, choć wrodzona wybredność sprawiła, że ostał się może jeden czy dwóch kandydatów być może już niebawem mogących dostąpić osobistej audiencji.

I pewnie bym tak leżał przez ten cały tydzień użalając się nad sobą, swoim pijaństwem, bezdomnością, samotnością (z wyboru, lecz obciążoną dodatkowo chwilowym kalectwem) oraz brzuchem rosnącym od codziennych (sic!) zamówień KFC, lecz wydarzyło się to, co już nigdy nie miało się wydarzyć. Najpierw jeden telefon, potem kilka smsów. W końcu spotkanie – jedno, drugie, trzecie. Zupełnie jak kiedyś. Jakby tych parę lat nie minęło, a my rozstalibyśmy się w wielkiej przyjaźni. Olałem znajomych, przyjaciół, a częściowo nawet pracę. Liczyło się tylko to nowe / stare, które pojawiło się nie wiadomo skąd i… trudno było udawać, że nie sprawiło wielkiej przyjemności.

Dziś, szóstego dnia roku 2015, leżę na rzeczonym materacu w Domu Tymczasowym, obok mnie oczywiście kolejne pożarte zamówienie z KFC, a w głowie bardzo dużo pytań. I tak przegryzając kawałek kurczaka frytką zacząłem się zastanawiać czego tak naprawdę oczekujemy dziś od związku i jak definiujemy tę instytucję. Z jednej strony wszyscy – niezależnie od stanu cywilnego – masturbujemy się, a więc szybka potrzeba seksualna zostaje spełniona. Poza tym znaleźć seks, nawet ten dobry, jest dziś łatwiej niż porządną parę spodni. Z drugiej – od długich nocnych rozmów i zwierzeń mamy najbliższych przyjaciół. Od przytulania również, a w najgorszym wypadku można pójść na starówkę i w ramach free hugs objąć jakąś pryszczatą harcerkę. Lecz wracając do tematu (piszę poprawiając włosy w stylu Carrie Bradshaw i zapalając papierosa w imitacji łóżka): czy to nie jest tak, że karmieni filmami z Meg Ryan, bajkami Disney’a i rozmowami na czacie z mnóstwem ckliwych emotikonów uwierzyliśmy w ideał? A ideały nie istnieją. I tak, piszę to również do Ciebie Aniu Rubik!

Dlatego może zamiast kurczowo trzymać się scenariusza z „Pretty Woman” czy „Casablanki”, które zmęczyłem w ostatnim tygodniu wyjątkowo, warto po prostu przyjąć życie takim, jakie jest i cieszyć się miłą sekundą, zamiast przejmować następną godziną? Ja w każdym razie zamierzam tak spróbować i idę właśnie zrobić sobie maseczkę naciągającą moją zmęczoną tym pierwszym tygodniem 2015 roku twarz. Warto błyszczeć, bo kto wie, co przyniesie jutro!

O mały włos nie znalazłem się wczoraj na wsi pod Łodzią. To niesamowite jak duża jest we mnie potrzeba ucieczki. Mogę sobie wmawiać, że dorastam, że wszystko się zmienia, lecz gdy pojawia się jakiś duży problem niczym góra lodowa przed Titanikiem, to od razu myślę o wejściu do najbliższej szalupy i oddaleniu się na bezpieczniejsze wody. Ten typ tak ma – jako magnes na wszelkie problemy nauczyłem się je wzorowo omijać i ignorować. Najlepiej właśnie ucieczką…

I co jest dojrzalsze: ucieczka przed nieuchronnym zderzeniem czy konfrontacja z górą lodową oczekiwań i wymagań? I skąd, poruszają się już w bezpiecznym świecie metafor, mamy wiedzieć kiedy nie ma sensu na kolejną łatę na starych, dobrych spodniach, bo zwyczajnie nie będą się już nadawać do chodzenia? Czy istnieje jakiś mentalny krawiec, do którego można zanieść swoje obawy, a on oceni straty i koszt ewentualnej naprawy? Jeśli tak to przekażcie mu mój numer telefonu. Proszę o pilny kontakt.

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 955 obserwujących.