Kiedyś miałem chłopaka, który starał się mnie namówić bym zaczął modulować głos – na niższy, bardziej męski – jak to ujmował. Byłem bardzo młody i szaleńczo zakochany, więc przystałem na jego propozycję. Wytrzymałem kilka dni, a była to prawdziwa męczarnia – ciągłe poprawianie się, zwracanie uwagi na każde wypowiedziane słowo. W końcu zdałem sobie sprawę, że to nie ma sensu. Nie jestem w stanie zadowolić wszystkich i udawać kogoś, kim nie jestem – nawet jeśli to był ten jeden jedyny.

Wiem, że P. nie chciał źle, że obaj byliśmy szczylami, a każdy z nas miał po prostu inne wyobrażenie o tej idealnej miłości, do której dążyliśmy. Mimo to poczułem się źle. Poczułem, że ten mój modulowany głos miał być metaforycznym wydłużeniem jego ego. Pięknie się razem prezentowaliśmy, a gdybym miał jeszcze głos, jaki P. sobie wymarzył, i który w jego mniemaniu był męski, to pewnie lepiej by się czuł w moim towarzystwie – tak zapewne wtedy myślał.

Kilka lat później druga z moich największych miłości starała się zmienić mój styl ubierania się. P. (znowu P.!) utrzymywał, że nie wypada bym ciągle chodził w obcisłych rurkach, trampkach i t-shirtach. Mówił, że muszę wyjść z roli chłopaka i stać się mężczyzną – w jego mniemaniu miał to uczynić właśnie strój. Na ile kto okazał się w tej relacji prawdziwym mężczyzną przekonałem się podczas naszego nagłego rozstania. I okazuje się, że nie miało tu znaczenia ile kto miał lat, pieniędzy na koncie czy jaką średnicę nogawki.

Teraz już wiem, że kompromis jest ważny, ale nie najważniejszy. Bycie z kimś innym nie może sprowadzać się do bycia kimś innym. Nie wstydzę się tego, że uwielbiam „Na Wspólnej”, oglądać kotki w internecie, a w domu mam pokaźną kolekcję maskotek. Znam na pamięć głupie piosenki, a na mojej playliście są wszystkie płyty Madonny. Lata randkowania i różnych mniej lub bardziej udanych związków nie zmieniły tego. Bo prawda jest taka, że chłopaki przychodzą i odchodzą, ale nasze guilty pleasure są z nami zawsze. I nie ma się co przed nimi bronić ani tym bardziej starać się być przedłużeniem czyjegoś penisa, bo wtedy może się okazać, że nie jesteśmy już niczym innym.

A ja to widzę tak: Magdalena Ogórek zostaje niespodziewanie prezydentem Polski. Okazuje się, że kochanka Putina ginie z rąk mścicieli Borysa Niemcowa, a ten podaje się do dymisji i emigruje do Polski. Zostaje redaktorem naczelnym „Faktów”, a główną prowadzącą Małgorzata Rozenek. Radosław Majdan dostaje angaż w roli komentatora sejmowego.

Nowy serial z Cezarym Pazurą okazuje się niebywałym sukcesem, dzięki któremu ten przejmuje media ojca Rydzyka i po tym, jak Jarosław Kaczyński ucieka ze Zbigniewem Ziobro do Holandii wziąć legalny ślub, zostaje czołowym żołnierzem walki z in vitro i homoseksualizmem.

Tymczasem wspomniany były już lider PiS zakłada podziemną Solidarność LGBT i z Amsterdamu stara się wyprowadzić ludzi na ulicy. – Trzeba walczyć o lepsze jutro – mówi w radiu Ewy Wanat, gdzie został współprowadzącym programu „Homolobby”.

Magdalena Ogórek w czasie swych rządów wprowadza zakaz publicznych występów polityków, co kończy się tym, że TVN24 transmituje głównie pogodę oraz poradniki modowe, których sekcję przejęła Monika Olejnik.

Za granicą też się dzieje. Papież Franciszek przyznał w końcu, że jego poprzednik był Imperatorem, a jego rządy mają przywrócić ład w Uniwersum. Równocześnie wynosi na ołtarze Amy Winehouse, która znów (w formie hologramów) gra koncerty. Ponoć szykuje się duet z Michalem Jacksonem.

Konflikty w Syrii, Izraelu czy Państwie Islamskim zostały zażegnane. O dziwo wszystko dzięki prezydent Ogórek – jej patent na zakaz wypowiedzi polityków szybko podchwycili inni i okazało się, że gdy nasi włodarze nie skaczą sobie do gardeł, to nam też się jakoś nie chce.

Madonna ostatecznie pokonała Lady Gagę, a Barack Obama, który z niewiadomych przyczyn rządzi już trzecią kadencję (ponoć to sprawa polskiego PKW, które wyemigrowało do USA po tym, jak TVN24 przestał transmitować ich konferencje) wtrącił ją do Guantanamo. Niesławne więzienie zostało przemienione na luksusowy hotel dla upadłych gwiazd, w którym odpoczywają też m.in. Liza Minelli, Edyta Górniak czy odnaleziony po latach Adolf Hitler. Wszystkie osoby, które były tam wcześniej przesłuchiwane bez postawionych zarzutów dostały w ramach zadośćuczynienia po płycie Beyonce oraz dom w Detroit.

Po wynalezieniu szczepionki na ebolę ta stała się najbardziej pożądanym „must have” sezonu. Mają ją wszyscy: Donatella Versace, Patricia Kazadi i Ryszard Kalisz. Eliza Michalik została redaktorką naczelną „NIE” i weszła w związek poliamoryczny z Jerzym Urbanem, który osiągnął stan nieśmiertelności, oraz jego żoną.

W Polsce żyje się dostatnio i szczęśliwie. Jarosław Kaczyński ma najwięcej followersów w historii Instagrama, dzięki TVN24 wiemy jak dobierać dodatki do stylizacji, a Krystyna Janda znów pokazała majtki w „Tańcu z Gwiazdami”. Życie jest piękne.

Pytanie od potencjalnej drugiej połówki: Czy uprawiasz bezpieczny seks?

Zła odpowiedź: Jak większość osób na świecie lubię seks bez zabezpieczeń. Daje poczucie większej intymności, której w świecie polegającym na wiecznej wiwisekcji naszego życia intymnego bardzo nam brakuje. Chciałbym zaufać komuś na tyle i czuć się z kimś tak bezpiecznie, by świadomie zacząć uprawiać seks bez zabezpieczeń. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że nikt dziś nikomu nie ufa, więc to rodzi kolejny konflikt tragiczny, a ja niczym Antygona stoję przed każdym jednym kondomem zastanawiając się czy skorzystać czy nie.

Dobra odpowiedź: Oczywiście, tylko w gumkach.

Pytanie od potencjalnej drugiej połówki: Dlaczego ubierasz się tylko na czarno?

Zła odpowiedź: Ponieważ od lat leczę się z depresji. Codziennie mam stany lękowe, które zabijam lekami, bojąc się jednocześnie dokończyć psychoterapię. Nienawidzę ludzi i chciałbym, żeby ludzkość wyginęła w jednej sekundzie. Czerń pozwala mi wtopić się w tłum, zniknąć choć na chwilę, o czym tak naprawdę cały czas marzę. Czerń daje poczucie bezpieczeństwa, trochę więcej siły do mierzenia się z kolejnym dniem tego marnego życia.

Dobra odpowiedź: To po prostu mój ulubiony kolor.

Pewnie mało osób w to uwierzy, ale kiedyś naprawdę interesowałem się sportem – dużo pływałem (temu zawdzięczam w miarę rozbudowaną klatę), a przez kilka lat ćwiczyłem jujitsu. Jako że jestem stworzeniem bardzo niecierpliwym, to szybko znudziłem się sztukami walki, ale wyniosłem stamtąd jedną ważną rzecz – gardę.

Pozycję obronną z maty szybko przeniosłem do życia codziennego. Nauczyłem się gryźć w język – a kto mnie zna wie, jaką potrafię mieć niewyparzoną gębę. Zrozumiałem też, że nie ma co wychylać się z inteligencją czy tematami, które rzeczywiście mnie interesują, jak umieranie, uzależnienie duszy czy sens miłości. Zacząłem interesować się popkulturą, dzięki czemu ból istnienia trochę minął i został zastąpiony perypetiami rodziny Kardashianów. Stałem się w tym na tyle perfekcyjny, że zacząłem tym zarabiać na życie.

Gardę trzymam też w relacjach osobistych. Nie pozwalam się zbliżyć za blisko nie chcąc zostać zranionym. Już raz to zrobiłem i zraniłem się bardzo. Tak, sam siebie, nikt mi celowo krzywdy nie zrobił. Cóż, może ten typ tak ma, może po prostu nie mogę dawać całego siebie, bo wszystko się w końcu kończy, a jak dam całego siebie to nic ze mnie zostanie dla mnie?

Pozycję obronną stosuję zarówno wśród nowych znajomości, jak i starych przyjaźni. Na pierwszy rzut oka można mnie brać za zgorzkniałego cynika, który marzy o szybkim końcu naszego gatunku lub co najmniej o tym, by konstytucyjnie ucinano każdemu język przy porodzie. Jak jest naprawdę? O tym przekonało się dotychczas tak mało osób, że zliczę ich na rękach jednej dłoni.

To nie jest tak, że kłamię czy udaję kogoś innego. Garda jest nieodłączną częścią mnie, filarem mojej codzienności. Niektórzy być może uznają to za smutne, lecz wierzcie mi – będąc w pozycji obronnej sprawiamy, że życie mniej boli. A że potrafi boleć cholernie chyba nikomu nie muszę tłumaczyć.

Mamy po dwadzieścia kilka lat i nie wiemy czego chcemy od życia.

Jesteśmy trochę artystami, bo tego wymaga internetowa kreacja, a trochę liczymy się z każdym groszem, bo tego nauczył nas system.

Z jednej strony chcielibyśmy miłości, jakie oglądamy w filmach romantycznych, a z drugiej skurwienia, jakie przeżywamy w młodzieżowych serialach.

Trochę mamy ochotę być glamour, a trochę trashy.

Lubimy bawić się jak nastolatki, lecz później przeżywać życie jak przysłowiowe stare baby.

Uważamy się za inteligentnych, lecz równocześnie za niezwykle głupich.

Nie wiemy co będzie za dziesięć lat, choć uwielbiamy o tym rozmyślać.

Jesteśmy pazerni na sukces i sławę, a jednocześnie wycofani i skromni.

Z jednej strony empatyczni, a z drugiej zupełnie nie przejmujący się losem innych.

Uwielbiamy się upić, lecz także afiszować z życiem w trzeźwości.

Jesteśmy anty narkotykowi, chyba że ktoś coś posypie na imprezie.

Gardzimy puszczalskimi, ale czasami i nam puszczają emocje.

Nie zakochujemy się z wyboru, by potem rozpaczać po cichu w samotności.

Mamy mnóstwo znajomych, ale bardzo niewielu przyjaciół.

Gubimy się w postnowoczesności, pasjonuje nas ona i przeraża równocześnie.

Jesteśmy banalni, próżni i miałcy, a jednocześnie barwni, fascynujący i atrakcyjni.

Wszyscy jesteśmy mamą Kisio.

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 977 obserwujących.